Załadunek...

Tag: otyliada

Co teraz?

Pisanie zajmuje sporo czasu..

Wielokrotne poprawki, szukanie najwłaściwszych słów i próba łączenia ich w szczwany sposób. Moje teksty, jak wszystko inne w co się angażuje, musi być dopracowane. „W porządku” nie jest w porządku. Dobre pisanie to pracochłonne zajęcie. Dobre niekoniecznie jednak znaczy dopieszczone i wygładzone. Czasem to „dobre” kryje się w spontaniczności, emocjach i braku autokorekty. 

Taki właśnie będzie mój dzisiejszy tekst o pływaniu. Obawiam się bowiem, że gdybym zagłębił się w moją relację z wodą to i tydzień by mi nie wystarczył. Tekst byłby na bank przekombinowany i przefiltrowany. Innymi słowy rozcieńczony. A ja wolę, jak jest samo gęste.

„Pływasz jeszcze? Będą jeszcze jakieś wyzwania?” Zazwyczaj unikam odpowiedzi na te pytania, bo to bardziej złożony temat. Dzisiaj postaram się jednak na nie odpowiedzieć. 

Prawda jest taka, że od Mazur bardzo ograniczyłem pływanie. Zdarzały się poszczególne okazje, ale nie było to już regularne. Potrzebowałem przerwy. Mazury bardzo dużo mnie kosztowały. Woda zaczęła mi się kojarzyć z obozem pracy, a nie innym światem, w którym – przestrzegając pewnych reguł – możesz poczuć, że latasz. Przygotowania do tych 40 km wpław niemalże zabiły frajdę jaką kilka lat wcześniej znalazłem w wodzie. Jednocześnie efekt charytatywny tamtego pływania był absolutnie nieadekwatny do pracy, która włożyłem w to, żeby „machnąć” Mazury #podprąd. Na dodatek, dotarłszy do mety nie odczułem już takiej euforii jak w Gdyni czy San Francisco. Zacząłem zadawać pytanie „Czy było warto?”. 

Z czasem ją znalazłem i zrozumiałem, że trasa Giżycko-Mikołajki to nie był ostatni rozdział moich indywidualnych wyzwań. 

Co jednak ważniejsze, przy okazji tych poszukiwań, dotarło do mnie jak wiele błędów robiłem dotychczas. Szczególnie w zakresie przygotowań, mojego nastawienia i rzeczy takich jak dieta oraz suplementacja. Mówiąc w skrócie – szedłem na wyniszczenie samego siebie. Nie dbałem o dietę, o dobre samopoczucie o regenerację. Nie dbałem o siebie. Nie, ja chciałem się zajechać. Cóż, uważaj czego sobie życzysz. Ja dostałem dokładnie to na co pracowałem. Zajechałem się…

… a to żadna sztuka. Nie ma nic nobilitującego w zajechaniu się. Nie dają za to medali. Prawdziwą sztuką jest bycie efektywnym, czyli osiąganie optymalnej relacji między realizowanymi celami, a wkładaną w to (możliwie niewielką) pracą. Od jakiegoś czasu, mam absolutną obsesję na punkcie efektywności moich działań. W dążeniu do niej zrozumiałem, że najpierw trzeba wiedzieć co jest ważne, a co tylko ważne udaje. To pierwszy krok. Drugim jest zrozumienie, że na osiągane efekty dużo większy wpływ niż to CO robisz, jest JAK to robisz. Żeby za daleko nie odpłynąć posłużę się pływackim przykładem. Możesz zrobić trening, na którym przepłyniesz 10 kilometrów i będzie to dla Ciebie znacznie mniej wartościowy trening niż ten, na którym przepłynąłeś raptem 10 basenów. Jakość ponad ilość. Różnicę robi to na czym się skupiałeś. Czy myśli uciekały z wody czy raczej byłeś „tu i teraz”, skupiając się na każdym ruchu, będąc świadomym swojego ciała? W moim odczuciu, położenie nacisku na to JAK robisz, a nie CO robisz ma pozytywny wpływ na każdą dziedzinę życia – od relacji międzyludzkich, przez sport po karierę zawodową.

Ta świadomość na nowo rozpaliła moją fascynację wodą. W środowisku wodnym to JAK coś robisz ma jeszcze większe znaczenie niż na lądzie. Woda jest ok 800 razy bardziej gęsta od powietrza. Tutaj każdy błąd, każdy niepotrzebny ruch, kosztuje nas więcej energii. Zacząłem czytać o hydrodynamice. Zacząłem doszkalać się z metodologii uczenia pływania – część z tej wiedzy przyswoiłem, część – uznając za niewłaściwą – odrzuciłem. Wszystko to, czego przez ostatnie lata nauczyłem się o pływaniu, zacząłem dokładnie analizować i rozkładać na czynniki pierwsze. Pozbyłem się rzeczy niepotrzebnych, a to co zostało złożyłem na nowo w całość. Zacząłem dzięki temu przekazywać innym moją widzę. Obecnie trwa druga edycja kursu Szkoły Efektywnego Kraula na która składa się 8 godzinnych zajęć. Trudno mi opisać frajdę jaką sprawia mi dzielenie się wiedzą. Widząc progres z lekcji na lekcje utwierdzam się w przekonaniu, że moje nowe podejście do pływania ma sens, trafia do innych i sprawdza się w praktyce.

No właśnie, praktyka, nadszedł na nią czas. Dzisiaj biorę udział w Otyliadzie. Jeszcze rok temu moim celem było przepłynięcie x km, gdzie x było tym lepsze im większe. Tym razem jest inaczej. Moim celem jest przepłynąć dystans jak najbardziej efektywnie. Co to znaczy dokładnie? Planuję utrzymać średnią 25 ruchów rękoma na 50 m basen. Innymi słowy płynąc tak, by jeden ruch ręką oznaczał przepłynięcie 2 metrów. To już dosyć przyzwoity wynik. Z ciekawości jak sami pójdziecie na basen policzcie sobie, ile ruchów rękoma musicie wykonać, żeby przepłynąć jeden basen. Jak długo będę dzisiaj płynął? Tak długo jak będzie mi to sprawiać frajdę.

jerzyk