Załadunek...

Co słychać

Rozdzial II – Rumble in the Jungle

„Rumble in the Jungle”
Wyobraź sobie, że jesteś na pięknej słonecznej polanie. Leżysz na cudownie miękkim kocu. Twoja głowa wolna jest od trosk a ciało skąpane w promieniach letniego słońca. Wszystkie troski i niepokoje odleciały wraz z przyjemnie orzeźwiającym podmuchem wiatru. To co było wczoraj i to co będzie jutro nie istnieje. Jest tu i teraz. Jest pięknie

– A teraz otwórz oczy. – Spokojny głos Oli Mac, psychologa sportowego, przywołuje mnie do rzeczywistości.

Wraz z ruchem powiek przenoszę się z idyllicznej polany do gabinetu w którym od jakiegoś czasu pracujemy nad tym, żeby, w czasie próby, głowa była moim największym sprzymierzeńcem.

– Powtarzaj to ćwiczenie codziennie. To kluczowe żebyś się rozluźnił. Szczególnie zwarzywszy na Twoje ostatnie perypetie. – po tych słowach myślami wracam do miejsca do którego mam nadzieję nie wrócić prędko ciałem. – Aha, no i powodzenia na jutrzejszej konferencji. Pamiętaj, ciesz się chwilą na którą tak ciężko pracowałeś. No i nie przejmuj się zbytnio uwagami mojego ojca do Twojego wystąpienia. Przez lata był redaktorem naczelnym Dziennika Łódzkiego i od zawsze był bardzo wymagający.
Poniedziałek 7 sierpnia, dzień po wyjściu ze szpitala

===

Wtorek 8 sierpnia

Kamienica w samym sercu Bałut. Jedyną drogą wiodącą na szczyt są schody. Zazwyczaj wbiegam na górę. Tym razem, żeby dotrzeć do swojej oazy muszę włożyć więcej wysiłku.

Zastrzyk pozytywnej energii, którą dostałem podczas konferencji prasowej od bliskich i ważnych ludzi, nie jest w stanie zrekompensować braku snu i osłabienia wynikającego ze stanu zdrowia w ostatnich dwóch tygodniach. Na auto pilocie wchodzę do mieszkania. W przedpokoju zostawiam flagę, którą dostałem od Prezydenta Łodzi. Garnitur wraz z resztą ekwipunku ląduje na podłodze a moje truchło ląduje w łóżku. Sen. Potrzebuję snu, potrzebuję wypoczynku.

Tuż przed zaśnięciem myślę jeszcze o tym jakim paradoksem jest fakt, że deklaruję zmierzenie się z dystansem 37 km wpław za niecałe trzy tygodnie, a na prośbę dziennikarzy o wskoczenie na chwilę do basenu odpowiadam, że „Nakłucie od welfonu się jeszcze nie zagoiło. Poza tym, lekarz odradza”


Odpływając w nicość przez głowę przechodzi jeszcze myśl, że „ale będzie historia jak przepłynę”. Kurtyna opada. Sen jest krótki i niespecjalnie regenerujący. Jednakże tuż po przebudzeniu wiem dokładnie co powinienem zrobić.

Jadę do sanatorium! Własnego, prywatnego sanatorium, położonego w środku lasu czyli działki w Sokolnikach, należącej do moich rodziców. Jeżeli tam nie uda mi się odzyskać sił, spokoju i poczucia równowagi to nigdzie mi się to nie uda.

Cały niezbędny mandżur mieści się w dwóch torbach. Jedna z ciuchami i sprzętem sportowym, druga wypełniona jedzeniem. Do Sokolnik jadę ze świadomością, że sierpień nie będzie wyglądał tak jak planowałem. Nie zdołam już robić intensywnych treningów – ani w wodzie ani na lądzie. To co mogę zrobić i to co muszę zrobić żeby mieć szansę przepłynąć te cholerne Mazury to:

1. Wypocząć.
2. Ściśle pilnować diety rozpisanej przez Ewelinę Krajewską z Evel-Diet (de facto pierwszy raz w życiu miałem zamiar tak bardzo pilnować „michy”)
3. Rozluźniać ciało poprzez rozciąganie i rolowanie oraz przygotowywać głowę poprzez ćwiczenie technik relaksacyjnych i czytanie.

Tyle i tylko tyle. Nic innego mnie nie obchodzi.

Kolejne dni są podobne do siebie. Budzę się w małym drewnianym domku po głębokim i regenerującym śnie. Budzi mnie śpiew ptaków. Po śniadaniu, melduję się na hamaku z książką. Na kolejne posiłki chodzę do Domku Pod Brzozą gdzie Pani Ula przygotowuje dla mnie posiłki zgodne z rozpiską Eweliny („Adaś, Ty się nic nie przejmuj, ja Cię tu wykarmię”). Wieczorami, przy dźwiękach winyli z przepastnej kolekcji Taty poświęcam od 2 do 3 h na rozluźnienie ciała. Czasem spaceruję bez celu, by zaraz potem uciąć drzemkę bez nastawiania budzika. Nieustannie szukam wewnętrznego spokoju wsłuchując się w to co podpowiada i czego domaga się organizm. Cieszę się tymi chwilami co nie jest dla mnie wcale takie oczywiste.

Niejednokrotnie, kiedy miałem okazję wypocząć, karciłem się w myślach za to, że marnuję tak cenny czas. Tym razem mam świadomość, że to jest dokładnie to co muszę zrobić i jednocześnie staram się nie dopuszczać do siebie myśi, że w zasadzie, jest to jedyne co mogę zrobić. Chociaż… nie do końca. Mogę jeszcze pisać. W środę 9 sierpnia na fan pejdżu Fundacji popełniłem tekst, który idealnie oddaje to co działo się w mojej głowie. Co więcej, ten tekst nie stracił na aktualności:

Niezwykle łatwo zatracić się w codziennym biegu. Gonitwie, którą świat stara się na nas wymusić i którą – część z nas – wymusza na sobie. Cieszyłem się z tego, że motywację do stawiania kolejnych kroków czerpię z wewnątrz. Założyłem, że dzięki temu, póki tli się we mnie życie, będzie również palił się ogień. Obserwowałem jak do tego ognia dolewane są coraz to większe dawki ambicji. Płomień buchał, silnik pracował na najwyższych obrotach, efekty działań pojawiały się grupami. Gaz do podłogi i cała naprzód!

Nie oglądałem się na innych. Robiłem rzeczy, które czułem, że powinienem zrobić i robiłem je we własnym tempie. Starałem się być tak produktywny jak to tylko możliwe. Nieustannie goniłem za uciekającym czasem. Tik,tak – to co by tu teraz zrobić? Tik, tak – odpoczywają lenie. Tik, tak – to jeszcze można dopracować a nad tym trzeba będzie popracować. Tik, tak, Tik, tak

Tak, tak, tak to Pan dewiat
a to jest jego świat…

To nie mogło trwać wiecznie. Ogień potrzebuje tlenu a człowiek oddechu.
(…)


Przy okazji jednej z wizyt w Domku Pod Brzozą mam okazję dłużej porozmawiać z Panem Markiem, właścicielem najlepszej knajpy w „Soko”. Gadamy o życiu, chociaż w gruncie rzeczy to Pan Marek mówi. Dowiaduję się o tym jak robił dobre pieniądze na uprawie pieczarek, czym handlował w Jugosławii, i dlaczego rzucił pracę za barem w łódzkiej pijalce piwa, która sprawiała mu tyle frajdy. Lubię słuchać ludzi i ich historii. W pewnym momencie Pan Marek uznaje pewnie, że za dużo mówi i chcąc usłyszeć coś ode mnie wistuje tak:

– Ula powiedziała mi, że w tym roku znowu gdzieś płyniesz. To pływanie chyba robi się coraz bardziej popularne bo dzisiaj w samochodzie słyszałem na „Trójce” materiał o jakimś wariacie, który chce przepłynąć Mazury. On tam ma chyba jakieś 30 km do przepłynięcia…”

– „37 kilometrów” = poprawiam Pana Marka „Właśnie rozmawia Pan z tym wariatem”

– Pojebało Cię ale trzymam kciuki. – kwituje Pan Marek.

– Dzięki. Jak to mówi moja Babcia, wciskając mi garść Rutinoscorbinów, „Jak nie pomoże to przynajmniej nie zaszkodzi”.

Nie do końca podzielam przekonanie mojej Babci o zbawiennym działaniu Rutinsocorbinu. Wiem, natomiast, że dla mnie zbawieniem okazały się Sokolniki. Na przełomie lipca i sierpnia dostałem cios po którym wylądowałem na deskach. Słyszałem odliczanie. W Sokolnikach udało mi się stanąć na nogach i ponownie podnieść gardę. Niebawem zabrzmi gong wzywający do decydującej rundy.

Jestem gotowy. Na tyle na ile mogę.

Jestem gotowy.

 

 

 

Udostępnij: