Załadunek...

Co słychać

Rozdział I – Szpital na Tałtach

Każda historia ma gdzieś swój początek i swój koniec. Jest w niej bohater, potwór z którym trzeba się zmierzyć i droga na końcu której czeka nagroda. Historia, którą Ci opowiem zaczyna się w tym samym miejscu w którym się kończy – na jeziorze Tałty. W piątek, 21 lipca, przepłynąłem w nim 10 km. Nie wiedziałem wtedy, że będzie to mój ostatni poważny trening pływacki przed największym wyzwaniem tego roku i – być może – całego życia; pokonaniu wpław jezior i kanałów dzielących Giżycko i Mikołajki.

Warunki były mizerne. Pochmurno, zimno, odczuwalne i nieprzychylne prądy. Wskakując do wody nie byłem w najlepszym nastroju. Z każdym przepłyniętym kilometrem czułem się jednak lepiej. Doszło do tego, że ostatni kilometr płynąłem co jakiś czas włączając „turbo”. Oczami wyobraźni widziałem jak dopływam do Mikołajek, widzę rodzinę, przyjaciół i unoszę ręce w geście zwycięstwa. Następnego dnia planowaliśmy z Michałem Langierowiczem (jedna z głównych postaci tej historii – warto zapamiętać człowieka) najdłuższy trening tegorocznych przygotowań. Zamierzałem, jako trening, przepłynąć 20 km. Organizm miał jednak inne plany.

Zdążyłem wziąć ciepły prysznic. Padłem na łóżko i przespałem kolejne 32 z 36 godzin. W nocy z soboty na niedzielę obudziły mnie dreszcze. Wstałem żeby zrobić sobie aspirynę. Trząsłem się tak, że brzęczenie łyżki odbijającej się od szklanki, którą trzymałem w ręku obudziło Michała. Na tym etapie obaj wiedzieliśmy, że sytuacja jest poważna. Później dowiedziałem się, że jak zasnąłem, Michał szukał 24h godzinnej opieki ambulatoryjnej na wypadek pogorszenia mojego stanu.

W niedzielę podjęliśmy decyzję, że wracam do Łodzi by doprowadzić organizm do stanu używalności. Większość drogi powrotnej przespałem. Kiedy wszedłem do domu poczułem się jakby odrobinę lepiej. Mimo to zdecydowałem się „odkurzyć” termometr. Po kilku minutach rtęć pokazała 39,7 stopni Celsjusza.
Następnego dnia udało się zbić gorączkę do niepokojących – ale nie przerażających – wartości. Nadal męczyły mnie jednak problemy z układem pokarmowym, które zaczęły się w sobotę. Poszedłem do lekarza. Ten spojrzał w kartę, spojrzał w oczy, zważył, zmierzył i powiedział, że mam kupić Smectę, elektrolity i dużo pić. „Super” – pomyślałem – „Dwa-trzy dni i powstanę niczym jerzyk z popiołów”.

Kolejne dni nie przynosiły jednak poprawy. Czując presję czasu („został Ci miesiąc!”) zrobiłem jeszcze trzy treningi w dniach 30 i 31 lipca. Nie czułem się na siłach żeby wskoczyć do wody ale robiłem co mogłem żeby kontynuować przygotowania. Specjalnie nie chwaliłem się moim stanem. O tym, że dzieje się coś naprawdę niepokojącego wiedzieli chyba wyłącznie Rodzice, Michał i Marek. Wiedzieli ale nie znali szczegółów.

We wtorek, 1 sierpnia, dwóm ostatnim powiedziałem dokładnie jak wygląda sytuacja. Obaj wyrazili się jasno – „Jeżeli nie pójdziesz do szpitala, całe przygotowania pójdą na marne”. Wtedy to do mnie dotarło. Pojechałem do domu, spakowałem się i mimo zakodowanej w genach niechęci do służby zdrowia zgłosiłem na Oddział Chorób Zakaźnych w Szpitalu im. Biegańskiego. Na Izbie Przyjęć opowiedziałem jak wyglądały ostatnie dwa tygodnie. Chwilę potem byłem już w gabinecie lekarza dyżurnego – „Wygląda mi to na salmonellę. Zostaje Pan z nami”. Cholera.

Trafiłem do czystej i schludnej dwuosobowej sali. Dzieliłem ją z Panem Andrzejem, którego prawdopodobnie nie ma już z nami. Zrobiono mi badania, podłączono kroplówkę i zapodano kleik. Z nieba bezlitośnie lał się żar, który doskwierał wszystkim, niezależnie od tego czy byli pacjentami czy pracownikami szpitala.
Wieczorem na obchodzie podeszła pielęgniarka z trzema kroplówkami.
– „Co teraz będę pił?” spytałem.
– „Antybiotyk” usłyszałem w odpowiedzi.
Daruję Ci rozmowę jaką przeprowadziłem z pielęgniarka gdyż istotny jest jej finał – odmówiłem przyjęcia leku. Pół godziny później w sali pojawiła się Pani doktor.

– „Dlaczego odmówił Pan przyjęcia antybiotyku?”
– „Bo za trzy tygodnie mam przepłynąć wpław bardzo dużo kilometrów i nie wezmę nic co może mnie osłabić, tym bardziej, że nie wiadomo jeszcze co mi jest bo wyniki miały być dopiero za dwa dni.”

– „Ale ten antybiotyk działa na zdecydowaną większość podobnych przypadków”.

Ostatecznie się zgodziłem. W końcu zgłosiłem się do szpitala żeby dojść do siebie a nie żeby delektować się „specjalnością zakładu” czyli bezsmakowym kleikiem.
W szpitalu spędziłem sześć dni. Był to czas w którym przede wszystkim nie dopuszczałem do siebie myśli, że Mazury #podprad są jakkolwiek zagrożone. Oczywiście wiedziałem, że u bukmacherów kurs na sukces spadł. U niektórych być może nawet drastycznie. Ale nie u mnie. Byłem przekonany, że mimo wszystko – popłynę.


Nie użalałem się nad sobą. Zresztą jak mógłbym to robić skoro człowiek obok mnie był na krańcu swojej drogi. Na tym etapie obawiałem się jednego – dopuszczenia do siebie myśli, które mogłyby osłabić mnie psychicznie. Sądzę, że to głównie z tego powodu szukałem ucieczki.
Na przestrzeni sześciu dni, dwa razy, bez zgody personelu, opuściłem teren szpitala. Dwukrotnie udałem się do domu by choć przez chwilę być u siebie. Niestety, za każdym razem moje nieobecności zostały wychwycone przez personel szpitala (duh!). Za pierwszym razem przez telefon usłyszałem tylko stanowcze „Gdzie Pan się podziewa?”. Za drugim razem komunikat brzmiał „Jak za 5 minut nie będzie Pana na Sali to dzwonimy na Policję”. Na terenie szpitala byłem po upływie kwadransu. Żaden policjant nie czekał przy moim łóżku. Skończyło się na obrażonej Pani doktor i skonsternowanych salowych. Nie wykluczam, że to właśnie z powodu mojej niesubordynacji nadal nie wiem co mi się stało. Wiedziałem jednak co ta cała sytuacja z chorobą i szpitalem oznacza w szerszej perspektywie…

Żółta kartka.

Mój organizm stanowczo pokazał mi żółtą kartę. I odmówił współpracy.
Zarówno sportowi amatorzy jak i profesjonalni sportowcy potrafią się zatracić w dążeniu do stawania się lepszym. Racjonalnie wszyscy wiedzą, że odpoczynek i równowaga jest niezbędna, tak samo jak mądry trening. Ale wiedza nie znajduje często odzwierciedlenia w praktyce. Nie jest łatwo znaleźć równowagę. Wiele osób z rozpędu dodałaby „w tych czasach”. Nie uważam, żeby poszukiwanie równowagi było trudniejsze dzisiaj niż było wczoraj. Uważam jednak, że jest tak samo ważne dziś, jak było wczoraj i będzie jutro.
Równowaga. Kiedy dzielę się wskazówkami dotyczącymi pływania powtarzam, że w pływaniu, tak jak w życiu, najważniejsza jest równowaga. Mówiłem tak, nie do końca rozumiejąc czym jest ta równowaga w życiu.
Teraz wiedziałem natomiast, że ją zakłóciłem. Wiedziałem również, że muszę wyciągnąć wnioski.
Wyciągnąć wnioski i znaleźć równowagę.
To najpierw. A potem?
Się okaże…

Udostępnij: