Załadunek...

Co słychać

Per stercore ad astra

Do szpitala przyjęli mnie we wtorek. Zgłosiłem się za namową @Michał i @Marek, którzy wiedzieli, że sam tego nie zrobię. Na izbie przyjęć zdałem relacje z tego co się działo ze mną, począwszy od piątku 21.08 (ostatnie pływanie po którym były 32 h spania i 39,7 gorączki). To wystarczyło żeby natychmiast znalazło się dla mnie łóżko i cały zastęp kroplówek. Pierwsza diagnoza – SALMONELLA (sic!).

Dzisiejsze wyniki badań, przeprowadzonych na wejściu, wykluczyły tę diagnozę. To dobra wiadomość. Słabsza jest taka, że nadal nie wiadomo co mi jest. Co ważne, podawany dożylnie antybiotyk (albo wypoczynek w szpitalnym łóżku) zaczął działać. Czuję się lepiej.
W niedzielę mają mnie wypisać. Mam nadzieję, że do tego czasu nie zwariuję (i dowiem się co mi jest). Zostało raptem #21dni. Powinienem szlifować formę a nie gubić siły i kilogramy na szpitalnym łóżku. Plany swoje, życie swoje. Jak na ironię, sierpień miałem rozplanowany pod linijkę. Dieta, treningi, sen, zajęcia z psychologiem sportowym – wszystko dograne, dopięte i zaplanowane.

A teraz wszystko trafił szlag. Chociaż nie. Nie wszystko. Paradoksalnie dzięki temu co przeszedłem przez ostatnie dwa tygodnie jestem jeszcze bardziej pewien tego, że przepłynę. Ta choroba i wizyta w szpitalu mnie wzmocniły. Może nie fizycznie ale na pewno psychicznie. Zresztą, jak mógłbym się mazgaić kiedy dzieliłem pokój z człowiekiem, którego za miesiąc już z nami nie będzie.
„Przepraszam Pana, że tak jęczę ale mnie boli”
Oby Tobie i mi, nigdy, nie było dane poznać bólu o którym mówił Pan Czarek.

Jak opisać ten czas w jednym zdaniu i przy okazji wyjść na wykształconego młodego prawnika z poczuciem humoru? Ano tak:
Per stercore ad astra

Udostępnij: