Załadunek...

Blog

Jerzyk

Przygotowując się do pierwszego wyzwania w latach 2014-2015 byłem jak opętany. Jedyne o czym byłem w stanie myśleć, marzyć i mówić to była ta Cholerna Zatoka. Teraz jest inaczej.

W przeciwieństwie do ostatnich stu dni przygotowań sprzed dwóch lat, tym razem nie mogę skupić się wyłącznie na przepłynięciu. Nie mogę i nie chcę. Jest bowiem KEENO. Drugi z projektów, który nieustannie dostarcza coraz to nowych wyzwań i lekcji. Moje serce niezmiennie bije mocniej dla Swim For a Dream. Natomiast miejsce w głowie i dostępny czas są podzielone. Tylko konto w banku ma jednego faworyta.

KEENO to praca za którą otrzymuje wynagrodzenie, dzięki któremu mogę sobie pozwolić na przytulny kąt i własne łóżko. Swim For a Dream z kolei daje mi główny powód by z tego łózka się zrywać. Najczęściej kosztem zasłużonego snu. Czasem przed wschodem słońca.

W 99% tego co robię na co dzień nie ma nic wyjątkowego albo spektakularnego. To żaden heroizm. To wybór. Wybór dzięki, któremu mogę dzisiaj napisać, że jestem szczęśliwy.

Na to żeby być przygotowanym do kolejnego wypłynięcia za/granicę, pracuję na dobrą sprawę nieustannie odkąd pływanie stało się ważną częścią mojego życia. Czyli dobre 4 lata temu. Teraz jest, i ważniej, i poważniej. „3” z przodu zobowiązuje. O dziwo, jest też znacznie więcej luzu i spokoju. Taki paradoks.

Dojrzałem, a dzięki temu dojrzało Swim For a Dream.

Cała ta historia z pływaniem jest o tyle zajebista, że dzięki niej dużo lepiej poznałem siebie. Jasne, jestem cztery lata starszy od faceta, który w odmętach korpo, w gąszczu opinii, w mętliku interpretacji i zasypie deklaracji, wyśnił marzenie tak wielkie i masywne, że zdawało się mieć własne pole grawitacyjne.

Od tego czasu podjąłem wiele decyzji i popełniem wiele błędów, które doprowadziły mnie do miejsca w którym jestem dziś. Decyzji, które nauczyły mnie tego co dziś już wiem.

W procesie poznawania siebie, dużą rolę odegrały długie, czasem niełatwe, rozmowy. Rozmowmy z samym sobą. W telewizyjnej ramówce nazwano by to „Rozmowy w Wodzie”.

Gadanie, jak pisanie, od zawsze przychodziło mi z łatwością i sprawiało frajdę. Potrzebowałem jednak trochę czasu, żeby zrozumieć, że od pięknych słów dużo piękniejsze potrafią być czyny. Szczególnie jeżeli są to czyny będące echem wyznawanych wartości a nie wyjątkiem afirmującym regułę.

Dogadałem się ze sobą. Mimo tak licznych sprzeczności, w wielu tematach, doszedłem do porozumienia. Odkodowałem większość d.n.a.Adama. Stąd wiem na przykład, że nie posiadam genu celebryctwa.

Jasne. Wszelkie formy społecznej aprobaty są, najzwyczajniej w świecie, przyjemne. Niezależnie od tego czy jest to kciuk czy pokojowa nagroda Nobla – aktywowany w mózgu jest ten sam obszar, uwalniający ten sam hormon.

Są tacy, którzy gonią za pochwałami by wypełnić pustkę, którą w sobie noszą. Poklepywanie w plecy to dla nich jedyna siła napędowa. Ja mam inny napęd. No i nie mam nic przeciwko soczystemu kopowi w dupę. Czasem taki się należy.

Z wyjątkiem faceta, który każdego ranka patrzy na mnie z lustra nikomu i nic nie zamierzam udowadniać. Tyle tylko, że czas rywalizacji z tym facetem to zamknięty rozdział. Przyszedł czas na dialog i współpracę.

Żaden wywiad, żadne zdjęcie, żaden komentarz nie są źródłem trwałej przyjemność. Takim źródłem jest natomiast przekonanie o właściwym korzystaniu z zasobów czasu i własnego potencjału.

Dotarło do mnie, że to nie gadanie ale konsekwentna praca i szczerość wobec samego siebie jest fundamentem tego przekonania. Tak odkryłem azymut.

Nie ważne jest co robisz, ale JAK to robisz. Nastawienie i emocje, które towarzyszą Ci w tym co robisz znajdą odbicie w efektach Twojej pracy. Ja w to wierzę. Wierzę też w to co robię. Niczym Franek S., robię to po swojemu i tak jak Kazik S., idę prosto kontemplując o stanie Tej krainy.

Krok po kroku.
Ruch za ruchem.
O tym gdzie dopłynę zdecyduje ilość pracy. Tak jest. Zawsze. I tym razem tak będzie.
To dobrze.
Jerzyk pracy się nie boi.

#keepgoing #podprad

Udostępnij: