Załadunek...

Blog

DZIKA RZEKA, Dzień I: Rzeka, deszcz, monsun… głowa.

Mechlin. Godz. 1:40 w nocy. Dzwoni budzik. Zgodnie z planem do Warty mam wskoczyć o godz. 3 nad ranem. To oznacza, że godzinę wcześniej muszę być już na łodzi i asekurować pływaka przede mną, w razie gdyby ten nie dał rady przepłynąć swoich pięciu kilometrów dzielących Mechlin i Śrem. Odkąd dowiedziałem się, że moja pierwsza zmiana wypada w środku nocy chodziłem jak nakręcony. Przede mną było zupełnie nowe doświadczenie. Raptem kilka razy pływałem do tej pory w rzece. Po ciemku jeszcze nigdy. Na szczęście moim organizmem – czasem – kieruje rozsądny rozsądek. Komunikat z centrum dowodzenia był jasny. Przed Tobą coś nowego. Wypocznij. Naładuj akumulatory. Przygotuj się.

Sen zastał mnie ok. godz. 22, w dużym namiocie, leżącego na nieswoim łóżku polowym, zawiniętego w pożyczony śpiwór, wypsikanego cudzym „OFFem” z otrzymanymi w prezencie zatyczkami w uszach. Trochę po królewsku, ale głównie na krzywy ryj.

Alarm (też nie mój) bezlitośnie wyrwał z trybu „stand-by”. Dopiero kiedy z uszu wyjąłem zatyczki a Stefan wyłączył budzik w swoim telefonie, usłyszałem dźwięk, który wywołał d(r)eszcz grozy. Brzmiało to tak jakby każda z osób zaangażowanych w organizacje sztafety – circa 200 osób – stało przed namiotem z wiadrem wody i w równych, półsekundowych odstępach, oblewali go z taką siłą jakby chcieli żeby woda udowodniła jakim potrafi być żywiołem.

Śpiwór nagle zmienił się w pościel z kaszmiru a polowa prycza w wezyrowe łoże. Nigdzie nie idę. Przecież skoro AŻ TAK pada to chyba przełożą moje pływanie, co nie? A może ponownie przetestuję taktykę z zamierzchłych czasów, kiedy to w wakacyjne niedziele udawałem, że mocno śpię, żeby dziadkowie się zlitowali i nie brali mnie ze sobą na poranną mszę? Tak jak kiedyś, tak i teraz, ten plan wydawał się być doskonały. Tak jak kiedyś, tak i teraz, ten plan przegrywał w konfrontacji z rzeczywistością.

Sam tego chciałeś. Dobrze wiesz, że na drodze, którą wybrałeś, często leje deszcz na zmianę z gradem. a wiatr, za punkt honoru stawia sobie, żeby to wszystko co leci z nieba, z impetem wylądowało na Twojej twarzy. Nikt CI nie kazał wybierać tej drogi. Można było siedzieć z dupą w domu. Wtedy się nie moknie.

Dobra już, dobra. Idę. Po ciemku wskoczyłem w kąpielówki, polar (co najmniej o trzy rozmiary za duży) i klapeczki. Na plecy założyłem plecak z ręcznikiem, dwoma czepkami, okularkami i zatyczkami do uszu w środku. Na to wszystko założyłem czerwony płaszcz kioskowo-przeciwdeszczowy. Jakby ktoś mi wtedy cyknął zdjęcie to postarałbym się je sprzedać UNIMILowi do ich bożononarodzeniowej kampanii marketingowej. Nikt jednak nie robił zdjęć, nikt nie zbijał piątek i nie mówił dla otuchy, że „woda ciepła”. Robisz to dla siebie a nie dla piątek. Pamiętaj o tym!

Pamiętam. Wychodzę z namiotu. Nieśmiało odchylam płachtę materiału, pewny że za chwilę wleją się do środka hektolitry wody a mnie samego powiew monsunowego wiatru zwali z nóg. Instynktownie zamykam oczy i zaciskam zęby. Wychylam głowę i…spokój. No może kilka kropel. Kapuśniaczek taki. Okazało się, że huragan był w głowie a na zewnątrz ledwie kropi.

Oczekiwanie na główną łódź asekurującą umila wściekle słodka kawa popijana z kajakarzami, którzy mają mnie asekurować. Układ jest taki, że do ich kajaku przylepione są na taśmę dwa znicze (serio), jeden z przodu, drugi z tyłu. To będą moje latarnie. Umawiamy się, że będę oddychał na prawo a oni będą płynąć przy prawym brzegu po mojej prawej stronie. Prawilnie.

Przypłynęła łódź. Dzwoni telefon. Pływak startujący przede mną dopłynął do drugiego mostu. Dwie minuty do startu.

Słyszę tę informację mimo, że to nie do mnie dzwonią. Stoję w dolnej kajucie gdzie jest najcieplej. Do dotychczasowego stroju w postaci kąpielówek, polaru i klapek doszły dwa czepki, okularki no i niezastąpione zatyczki do uszu.

„Pływak gotowy?” Pytanie dociera do mnie jak przez ścianę.

„Trudno być bardziej gotowym.” – wyrywa mi się z ust odpowiedź prosto z jakiejś amerykańskiej szmiry. Brakowało tylko flagi powiewającej w tle i orła szybującego nad głową.

Do wody!

Mądra sentencja radzi by nie mówić „hop” gdy się przeskoczy, lecz wtedy gdy człowiek zorientuje się w czym wylądował. Ja wylądowałem w zaskakująco przyjemnej wodzie. Hop.

Ku mojemu zaskoczeniu znicze były dobrze widoczne. Na początku trasy „przykleiłem się” do asekurującego mnie kajaku. „Nie płyń tak blisko bo nie mamy jak wiosłować.” Dobra, nie jestem z tych co się narzucają. Po chwili płynąłem już dobre 5-7 metrów od kajaku.

Cisza, spokój i rytmiczne ruchy. Raz-Dwa. Raz-Dwa. Tik-Tak. Tik-Tak. Medytacja, trans, flow – wszystkie te słowa pasują a jednocześnie tylko częściowo oddają to co przeżyłem tej nocy w wodzie. Moje myśli płynęły obok, spokojnie ale w różnych kierunkach. Przed oczami stanęły mi dziesiątki osób. Z każdą kolejną rosło poczucie wdzięczności, że były, są a być może będą częścią mojego życia. Z rytmu nie wybił mnie fakt, że w pewnym momencie zgasły znicze. Wtedy nie wiedziałem, że zalał je deszcz. Zorientowałem się, że pada dopiero gdy jeden z kajakarzy by umożliwić mi i sobie nawigacje zapalił czołówkę. W wątłym promieniu światła wyraźnie widziałem przysadziste i gęsto przylegające do siebie krople deszczu.

Ciekawa obserwacja. Po wskoczeniu do wody, mimo otaczającej mnie ciemności, ani przez chwilę nie czułem się nieswojo. Może i jestem tu gościem ale na pewno nie intruzem…

Właśnie podpłynęła łódka. Drugie pływanie miałem zacząć o 16:30 ale mamy dobre tempo i jesteśmy jakieś półtorej godziny przed grafikiem. Ciekawe jak będzie tym razem. Nadal nie mogę się doczekać wskoczenia do wody.

„Pływak gotowy?”

Udostępnij: