Załadunek...

Blog

Dzika rzeka, dzień II: Szeregowy Jeż

Czas: 14:43. Czwartek.

Miejsce: Statek weekend z którego startuje każdy z pływaków uczestniczących w sztafecie Wartą dla Chojraków

Rytmiczny dźwięk ulewy przerywa retro melodyjka Nokii z ubiegłego tysiąclecia. Sternik odbiera telefon.

„Ok, zrozumiałem.” Telefon ląduje w kieszeni.
„Pływakowi przed Tobą zostało 400 metrów, dwie minuty do startu.”

Projektor w mojej głowie wyświetla właśnie otwierające sceny filmu Szeregowiec Ryan. Tom Hanks z ekipą zbliżają się do plaży w Normandii. Amfibie pełne aliantów szybko tną wodę pokonując ostatnie metry Kanału La Manche. Kierunek: francuska plaża (bynajmniej nie Saint Tropez). Za chwilę rozpocznie się desant, który ostatecznie rozstrzygnie losy II wojny światowej. Strach, który wisi w powietrzu za chwilę zmiesza się z setkami nazistowskich pocisków. Niektórzy zwracają na buty swój ostatni posiłek w życiu. Inni odmawiają niemą modlitwę. Opada właz. JEB! JEB! JEB! JEB!

Projekcje przerywa niepozostawiająca pola do dyskusji komenda – „START!”

Ratownik odsuwa płachtę osłaniającą wnętrze statku od ulewy. Odruchowo wskakuję do wody chociaż głowa pełna jest wątpliwości. Specjalnie zostaję chwilę dłużej pod wodą bo wiem, że jak się wynurzę to dorwie mnie ostry i przeszywający wiatr niosący ze sobą ulewę małych pocisków. Wynurzenie. Tafla wody wygląda jakby cały Wermacht dorwał się do CKMów i ładował w Wartę. Omaha Beach = Mechlin Beach. Wybornie.

Dobra, nie ma mazania się. Przyjechałem tu żeby pływać a nie narzekać. Pierwsze ruchy rękoma i już wiem, że zmarznę. Nie chodzi o wodę. Ta jest przyjemna. Nie ciepła, nie zimna – przyjemna. Uczucie zimna powoduje jednak wiatr, który bezlitośnie smaga ramiona jak tylko te opuszczają wodę.

Co chwila trafiam na kolejne niespodzianki w wodzie. Glon, kijek, liść, glon, kijek, liść. Jeszcze niedawno takie spotkanie w otwartej wodzie oznaczało +50 do tętna i chwilowe przerwanie pływania. Teraz jest inaczej. Chcę jak najszybciej dopłynąć do mety. Chcę wejść do kajuty, wytrzeć się, wypić duszkiem gorącą herbatę i wskoczyć pod ciepły koc. Od tego momentu dzieli mnie jakieś 50 długich minut.

Za pierwszy zakrętem czeka na mnie niespodzianka.

Raz. Fala. Dwa.
Tik. Fala. Tak.

Skąd tu fale? Przecież to rzeka. Poza tym jak to możliwe żeby fale szły pod prąd? Było na geografii zadawać te pytania. Teraz trzeba sobie radzić. Sprawa nie jest prosta bo nacierają na mnie zastępy, „krótkich”, nierytmicznych fal. Te bydlaki skutecznie wybijają pływaka z rytmu i uniemożliwiają efektywne i energooszczędne pływanie. One zmuszają do walki i nie przepuszczają słabych.

Szeregowiec Jeż melduje gotowość bojową. Na pohybel skubańcom!

To była bitwa na nierozpoznanym do końca polu. Zwiadowcy działali od wtorku ale nie zdołali poznać wroga na wylot. Było srogo. Przypomniałem sobie treningi na otwartym Bałtyku. Do tego okazało się, że sprzymierzeńcy nie są zaprawieni w boju. Asekurujący mnie ratownik na skuterze wodnym płynął od zawietrznej. Ahhh, nie ma to jak zapach świeżych spalin o trzeciej. Na szczęście wystarczyły dwa wymowne gesty by ten zrozumiał o co chodzi.

Raz. Fala. Dwa.
Tik. Fala. Tak.

Podnoszę głowę. Najpierw kontroluję czy nie zepchnęło mnie za bardzo do któregoś z brzegów. Jestem pośrodku koryta rzeki. Potem patrzę przed siebie. Widzę drugi most. Znaczy meta. Przepływam pod nim i na niebie widzę jakiegoś ptaka. Znowu przypomniał mi się Bałtyk i trening we wzburzonej wodzie w trakcie którego dzielnie towarzyszyła mi mewa. Wtedy czułem się lepiej, że mam towarzysza. Teraz na początku też poczułem się lepiej. Dopóki nie zobaczyłem, że na niebie krąży całe stado ptaków. „Sępy” pomyślałem. „Nie tym razem. Z tej potyczki Szeregowiec Jeż wyszedł zwycięsko.”

Wchodzę na statek. Tam zamiast nagrody czeka na mnie lekarz i obowiązkowe pobranie krwi. Oświadczam, że nic nie oddam. No i że chcę herbatę. Kilka łyków boskiego wywaru i smutne oczy Pani doktor zmiękczyły moje zmarznięte od dawna serce. „Z prawej ręki se Pani pobierze.”

Rytmiczny dźwięk ulewy przerywa retro melodyjka Nokii z ubiegłego tysiąclecia. Sternik odbiera telefon. Zakładam, że pytanie otwierające brzmi w stylu „Jak warunki?”

Odpowiedź pada jakby była przygotowana od samego startu.

„Deszcz, wiatr, fale, k***a Armaggedon.”

Lepiej bym tego nie opisał.

Właśnie się dowiedziałem, że ze względu na warunki skracamy przepływany dystans. Każdy z pływaków pływa po 2,5 km. To oznacza, że każdy z nas do Warty będzie wchodził cztery razy w ciągu doby. Wyśmienicie.

Walczymy!

Udostępnij: