Załadunek...

Co słychać

Dzika rzeka, dzień IV: Posmak szampana

Chojraki nadpływają! Słońce przygrzewa, Warta chłodzi, „tojtoj” nie smrodzi. Nastrój rewelacja, szczęścia kumulacja. Żeby uchronić się przed zarzutem bycia niby-Polakiem (zarzut: brak narzekania), ZA DUŻO dookoła donośnego bzykania. Na to jednak wpływ ograniczony mamy. W końcu my – Chojraki – Wartą, a nie Muchami, władamy.

Dobra, Łódź od rymowania ma innego Adama.

Wczoraj pisałem o determinacji w oczach, która zastąpiła uśmiechy. Dzisiaj od rana uśmiechy wróciły. Część z nas obudził donośny komunikat – „Słońce!”. Później było już tylko lepiej.
Silny prąd ułatwiał pływanie, woda w Warcie na progu wrzenia (20 stopni Celsjusza), magiczna bariera 400 przepłyniętych kilometrów pękła, na obiad kurczak z kaszą. Wybornie.
Z tego wszystkiego stwierdziłem, że lecę na swój najlepszy czas. Do tej pory było to 49 minut. Najlepszy czas naszej ekipy wynosił podobno 48 minut. Wpadłem do Warty jak torpeda. Każde pociągnięcie i każde kopnięcie było energiczne. Pilnowałem rytmu ale nie zapomniałem o sile. Nawigacja ograniczona do niezbędnego minimum. Trasę znam już dobrze. Zacząłem rozumieć jak rozkładają się prądy. Starałem się płynąć tak, żeby skorzystać z ich dobrodziejstwa.

„Przyznaje się Pan do szybkiego pływania?”
„Tak Panie Sędzio”
Werdykt – 46 minut.

Na statek wchodził Szeregowy Jeż a schodził Dumny Paw. Szukałem wzrokiem kogoś chętnego na pogawędkę. Nie zapytał nikt o czas…
Nic to. Moim zadaniem było nawiązać a potem sprowadzić rozmowę na właściwe tory. Po mnie płynął Marek Pietraszewki, który wczoraj zmagał się z gorszym samopoczuciem. Wyglądało na to, że się rozłoży. Czekałem na niego na brzegu.

„Jak się pływało? (pytanie otwierające) Jaki czas? (pytanie zasadnicze)”
„Nieźle. 44 minuty. A Twój?”
„Nie ważne.”
Zdrowa zespołowa rywalizacja w pigułce.

O meritum zahaczyłem. Przypadkowa, wydawałoby się, zbieranina ludzi, kończy jako zespół. Każdy z nas włożył dużo serca, wysiłku i odwagi w to by projekt „Wartą dla Chojraków” zakończył się sukcesem. W tym miejscu chciałbym zaznaczyć, że niestety nie wszyscy z nas dopłyną do Poznania.
Wczoraj, jedna z najmłodszych uczestniczek, Wiktoria Kasprzak musiała pojechać do szpitala. To co na początku wydawało się przeziębieniem, okazało się ogólną infekcją organizmu połączoną z arytmią serca wywołaną skrajnym wysiłkiem. Z tego co wiem, wszystko jest teraz pod kontrolą a Wiktoria dochodzi do siebie. Zdrowiej dziewczyno. Teraz myślisz zapewne inaczej ale wykonałaś kawał dobrej roboty.
Już wiemy, że się uda. Jako zespół przetrwaliśmy naprawdę trudne chwile. Widocznie tak musiało być. Jestem zdania, że wyłącznie sukces poprzedzony ciężką pracą i wyrzeczeniami ma posmak szampana. Nawet jeżeli na mecie/szczycie nie wystrzeli żaden korek.
Jutro pęknie rekord i strzelą korki. Będzie PETARDA!

Udostępnij: