Załadunek...

Kategoria: Blog

Dzień Sportu

 

Dobre wydarzenia to takie, które
rodzą się w jednej głowie,
wiele dłoni macza w nich palce,
by jeszcze więcej serc zabiło jednym rytmie.

Taki był Dzień Sportu. Do takich wspomnień, do takich chwil
wzdycha się
póki dycha się.

Wybiegaliśmy 248 pełnych kilometrów i ponad 800 metrów. Uśmiechy towarzyszyły od startu do mety. Był pot. Chwilami kręciły się łzy. Szczęśliwe obyło się bez krwi.

I tyle pięknych ludzi dobiło z nami do Portu. Fajnie było Was zobaczyć, zbić piątkę, czasem pogadać, poklaskać. Być razem i robić coś wspólnie w dobrym celu.

Dla mnie to było fantastyczne doświadczenie. Pod każdym względem. Jasne, że masa pracy ale takiej, która od początku do końca przynosiła frajdę.
Mogło by się wydawać, że mając ze sobą doświadczenie z organizacji Dnia Marzyciela, Dzień Sportu będzie prosty. Cóż, na odpowiednim poziomie dbałości o szczegóły nic nie jest proste. Dałem z siebie ile mogłem. Taki zwyczaj. Efekty są źródłem sporej satysfakcji, a co dla mnie znacznie ważniejsze, Dzień Sportu to doświadczenie z którego płynie wiele lekcji a tym samym umożliwia stania się jeszcze lepszym w tym co kocha się robić.

Cieszę się, że unikam potknięć z przeszłości. Przykład? Tym razem wszyscy dostawali pamiątkowe foty. Prosto z drukarki, do rąk własnych.

Oczywiście nowe potknięcia były, a jakże. Tym razem energia, która unosiła się w powietrzu była tak wielka, że elektryka Portu nie udźwignęła tego. Zapamiętać, zapobiegać i dalej naprzód w obranym kierunku. Tak ja to widzę i tak właśnie robię.

Jest wiele osób dzięki, którym ten dzień był wyjątkowy.
Pierwszym, który usłyszał pomysł i powiedział „Dobre. Robimy.” Był Bartek Wojdak. Na pokładzie od jakiegoś czasu jest Ola Połubiak która panuje nad wszelkimi sytuacjami, a im goręcej się robi tym chlodaiejsza krew płynie w jej żyłach. Dziękuję Olu.

Aga Kucharska, tym razem bardziej duchem niż ciałem bo to musiało ogarnąć targi EXPO na łódzkim maratonie. Kosztowało to mnóstwo sił i było nie lada wyzwaniem z którym sobie świetnie poradziła. Aga, Ty przecież wiesz. W domu zdarza mi się słodzić – wystarczy 😉

Wolontariusze, ludzie którzy są absolutnym fundamentem każdego dużego wydarzenia. To od ich nastawienia i ich energii zależy co uczestnik zapamięta z kilku wspólnych chwil. Po raz kolejni, właśnie Ci niesamowici ludzie, wolontariusze, stanęli na wysokości zadania. Było kilka sprawdzonych weteranów (pozdrowienia dla niesamowitej rodzinki Haładynów) jak i zupełnie nowe twarze jak Klaudia, Paulina i niezastąpiony Pan Tadeusz.

Była reprezentacja Potężnych Dzików w osobach wojowniczki Aleksandry Kawęckiej i wielkiego Dawida Mikosia.

Byli przyjaciele ze szkolnych ław tacy jak Wojtek i Paweł.
Byli ludzie z dawnych czasów i niezapomnianych chwil, tacy jak Krzysztof Jankowski i Michał Kędzierski. Była korpo rodzina z głowami – Łukasz Koprowski i Michał Malski oraz Matkami, Żonami I Perełkami, czyli Małgorzata Jakubowska i Marta Malska z dzieciakami. I to jakimi, Magda Jakubowska chwilę przed swoim testem Coopera zdominowała Kids Run w swojej kategorii wiekowej. Ta gwiazda dobiegnie wysoko na nieboskłon.
A żeby się tam dostać. Do gwiazd to znaczy,
trzeba wybrać drogę, którą trud znaczy.

Była Ania Kurnatowska z synem Krystianem z naprzeciwka.
Byli ciekawi sami i świata ciekawi Kira Miler i Dominik Stanek.
Dziennikarzy i jutuberzy też się przewijali i swoje wybiegali (Krzysztof Ostanówko i Jakub Boczek)
Był Magik Mikrofonu i Wodzirej Pierwsza Klasa czyli Jakub Michalski.
Mało brakło a pojawiłby się sam Kapitan Tsubasa?
Tsubasa-Kiełbasa. A strawa jaka była?
Była szama dla wszystkich, a część co nieco wypiła (dzięki Fit Meal Catering i Supherfarm)!

No naprawdę dobrze było. A będzie jeszcze lepiej.

Tego się trzymamy i do tego dążymy!

jerzyk

P.S. Bardzo jestem ciekaw co Wam zapadło w pamięć. Z jakim obrazkiem w głowie będziecie kojarzyć Dzień Sportu, czyli dzień w którym prawdziwe dziki pobiegły dla Potężnych Dzików.

Co teraz?

Pisanie zajmuje sporo czasu..

Wielokrotne poprawki, szukanie najwłaściwszych słów i próba łączenia ich w szczwany sposób. Moje teksty, jak wszystko inne w co się angażuje, musi być dopracowane. „W porządku” nie jest w porządku. Dobre pisanie to pracochłonne zajęcie. Dobre niekoniecznie jednak znaczy dopieszczone i wygładzone. Czasem to „dobre” kryje się w spontaniczności, emocjach i braku autokorekty. 

Taki właśnie będzie mój dzisiejszy tekst o pływaniu. Obawiam się bowiem, że gdybym zagłębił się w moją relację z wodą to i tydzień by mi nie wystarczył. Tekst byłby na bank przekombinowany i przefiltrowany. Innymi słowy rozcieńczony. A ja wolę, jak jest samo gęste.

„Pływasz jeszcze? Będą jeszcze jakieś wyzwania?” Zazwyczaj unikam odpowiedzi na te pytania, bo to bardziej złożony temat. Dzisiaj postaram się jednak na nie odpowiedzieć. 

Prawda jest taka, że od Mazur bardzo ograniczyłem pływanie. Zdarzały się poszczególne okazje, ale nie było to już regularne. Potrzebowałem przerwy. Mazury bardzo dużo mnie kosztowały. Woda zaczęła mi się kojarzyć z obozem pracy, a nie innym światem, w którym – przestrzegając pewnych reguł – możesz poczuć, że latasz. Przygotowania do tych 40 km wpław niemalże zabiły frajdę jaką kilka lat wcześniej znalazłem w wodzie. Jednocześnie efekt charytatywny tamtego pływania był absolutnie nieadekwatny do pracy, która włożyłem w to, żeby „machnąć” Mazury #podprąd. Na dodatek, dotarłszy do mety nie odczułem już takiej euforii jak w Gdyni czy San Francisco. Zacząłem zadawać pytanie „Czy było warto?”. 

Z czasem ją znalazłem i zrozumiałem, że trasa Giżycko-Mikołajki to nie był ostatni rozdział moich indywidualnych wyzwań. 

Co jednak ważniejsze, przy okazji tych poszukiwań, dotarło do mnie jak wiele błędów robiłem dotychczas. Szczególnie w zakresie przygotowań, mojego nastawienia i rzeczy takich jak dieta oraz suplementacja. Mówiąc w skrócie – szedłem na wyniszczenie samego siebie. Nie dbałem o dietę, o dobre samopoczucie o regenerację. Nie dbałem o siebie. Nie, ja chciałem się zajechać. Cóż, uważaj czego sobie życzysz. Ja dostałem dokładnie to na co pracowałem. Zajechałem się…

… a to żadna sztuka. Nie ma nic nobilitującego w zajechaniu się. Nie dają za to medali. Prawdziwą sztuką jest bycie efektywnym, czyli osiąganie optymalnej relacji między realizowanymi celami, a wkładaną w to (możliwie niewielką) pracą. Od jakiegoś czasu, mam absolutną obsesję na punkcie efektywności moich działań. W dążeniu do niej zrozumiałem, że najpierw trzeba wiedzieć co jest ważne, a co tylko ważne udaje. To pierwszy krok. Drugim jest zrozumienie, że na osiągane efekty dużo większy wpływ niż to CO robisz, jest JAK to robisz. Żeby za daleko nie odpłynąć posłużę się pływackim przykładem. Możesz zrobić trening, na którym przepłyniesz 10 kilometrów i będzie to dla Ciebie znacznie mniej wartościowy trening niż ten, na którym przepłynąłeś raptem 10 basenów. Jakość ponad ilość. Różnicę robi to na czym się skupiałeś. Czy myśli uciekały z wody czy raczej byłeś „tu i teraz”, skupiając się na każdym ruchu, będąc świadomym swojego ciała? W moim odczuciu, położenie nacisku na to JAK robisz, a nie CO robisz ma pozytywny wpływ na każdą dziedzinę życia – od relacji międzyludzkich, przez sport po karierę zawodową.

Ta świadomość na nowo rozpaliła moją fascynację wodą. W środowisku wodnym to JAK coś robisz ma jeszcze większe znaczenie niż na lądzie. Woda jest ok 800 razy bardziej gęsta od powietrza. Tutaj każdy błąd, każdy niepotrzebny ruch, kosztuje nas więcej energii. Zacząłem czytać o hydrodynamice. Zacząłem doszkalać się z metodologii uczenia pływania – część z tej wiedzy przyswoiłem, część – uznając za niewłaściwą – odrzuciłem. Wszystko to, czego przez ostatnie lata nauczyłem się o pływaniu, zacząłem dokładnie analizować i rozkładać na czynniki pierwsze. Pozbyłem się rzeczy niepotrzebnych, a to co zostało złożyłem na nowo w całość. Zacząłem dzięki temu przekazywać innym moją widzę. Obecnie trwa druga edycja kursu Szkoły Efektywnego Kraula na która składa się 8 godzinnych zajęć. Trudno mi opisać frajdę jaką sprawia mi dzielenie się wiedzą. Widząc progres z lekcji na lekcje utwierdzam się w przekonaniu, że moje nowe podejście do pływania ma sens, trafia do innych i sprawdza się w praktyce.

No właśnie, praktyka, nadszedł na nią czas. Dzisiaj biorę udział w Otyliadzie. Jeszcze rok temu moim celem było przepłynięcie x km, gdzie x było tym lepsze im większe. Tym razem jest inaczej. Moim celem jest przepłynąć dystans jak najbardziej efektywnie. Co to znaczy dokładnie? Planuję utrzymać średnią 25 ruchów rękoma na 50 m basen. Innymi słowy płynąc tak, by jeden ruch ręką oznaczał przepłynięcie 2 metrów. To już dosyć przyzwoity wynik. Z ciekawości jak sami pójdziecie na basen policzcie sobie, ile ruchów rękoma musicie wykonać, żeby przepłynąć jeden basen. Jak długo będę dzisiaj płynął? Tak długo jak będzie mi to sprawiać frajdę.

jerzyk

Rozdzial II – Rumble in the Jungle

„Rumble in the Jungle”
Wyobraź sobie, że jesteś na pięknej słonecznej polanie. Leżysz na cudownie miękkim kocu. Twoja głowa wolna jest od trosk a ciało skąpane w promieniach letniego słońca. Wszystkie troski i niepokoje odleciały wraz z przyjemnie orzeźwiającym podmuchem wiatru. To co było wczoraj i to co będzie jutro nie istnieje. Jest tu i teraz. Jest pięknie

– A teraz otwórz oczy. – Spokojny głos Oli Mac, psychologa sportowego, przywołuje mnie do rzeczywistości.

Wraz z ruchem powiek przenoszę się z idyllicznej polany do gabinetu w którym od jakiegoś czasu pracujemy nad tym, żeby, w czasie próby, głowa była moim największym sprzymierzeńcem.

– Powtarzaj to ćwiczenie codziennie. To kluczowe żebyś się rozluźnił. Szczególnie zwarzywszy na Twoje ostatnie perypetie. – po tych słowach myślami wracam do miejsca do którego mam nadzieję nie wrócić prędko ciałem. – Aha, no i powodzenia na jutrzejszej konferencji. Pamiętaj, ciesz się chwilą na którą tak ciężko pracowałeś. No i nie przejmuj się zbytnio uwagami mojego ojca do Twojego wystąpienia. Przez lata był redaktorem naczelnym Dziennika Łódzkiego i od zawsze był bardzo wymagający.
Poniedziałek 7 sierpnia, dzień po wyjściu ze szpitala

===

Wtorek 8 sierpnia

Kamienica w samym sercu Bałut. Jedyną drogą wiodącą na szczyt są schody. Zazwyczaj wbiegam na górę. Tym razem, żeby dotrzeć do swojej oazy muszę włożyć więcej wysiłku.

Zastrzyk pozytywnej energii, którą dostałem podczas konferencji prasowej od bliskich i ważnych ludzi, nie jest w stanie zrekompensować braku snu i osłabienia wynikającego ze stanu zdrowia w ostatnich dwóch tygodniach. Na auto pilocie wchodzę do mieszkania. W przedpokoju zostawiam flagę, którą dostałem od Prezydenta Łodzi. Garnitur wraz z resztą ekwipunku ląduje na podłodze a moje truchło ląduje w łóżku. Sen. Potrzebuję snu, potrzebuję wypoczynku.

Tuż przed zaśnięciem myślę jeszcze o tym jakim paradoksem jest fakt, że deklaruję zmierzenie się z dystansem 37 km wpław za niecałe trzy tygodnie, a na prośbę dziennikarzy o wskoczenie na chwilę do basenu odpowiadam, że „Nakłucie od welfonu się jeszcze nie zagoiło. Poza tym, lekarz odradza”


Odpływając w nicość przez głowę przechodzi jeszcze myśl, że „ale będzie historia jak przepłynę”. Kurtyna opada. Sen jest krótki i niespecjalnie regenerujący. Jednakże tuż po przebudzeniu wiem dokładnie co powinienem zrobić.

Jadę do sanatorium! Własnego, prywatnego sanatorium, położonego w środku lasu czyli działki w Sokolnikach, należącej do moich rodziców. Jeżeli tam nie uda mi się odzyskać sił, spokoju i poczucia równowagi to nigdzie mi się to nie uda.

Cały niezbędny mandżur mieści się w dwóch torbach. Jedna z ciuchami i sprzętem sportowym, druga wypełniona jedzeniem. Do Sokolnik jadę ze świadomością, że sierpień nie będzie wyglądał tak jak planowałem. Nie zdołam już robić intensywnych treningów – ani w wodzie ani na lądzie. To co mogę zrobić i to co muszę zrobić żeby mieć szansę przepłynąć te cholerne Mazury to:

1. Wypocząć.
2. Ściśle pilnować diety rozpisanej przez Ewelinę Krajewską z Evel-Diet (de facto pierwszy raz w życiu miałem zamiar tak bardzo pilnować „michy”)
3. Rozluźniać ciało poprzez rozciąganie i rolowanie oraz przygotowywać głowę poprzez ćwiczenie technik relaksacyjnych i czytanie.

Tyle i tylko tyle. Nic innego mnie nie obchodzi.

Kolejne dni są podobne do siebie. Budzę się w małym drewnianym domku po głębokim i regenerującym śnie. Budzi mnie śpiew ptaków. Po śniadaniu, melduję się na hamaku z książką. Na kolejne posiłki chodzę do Domku Pod Brzozą gdzie Pani Ula przygotowuje dla mnie posiłki zgodne z rozpiską Eweliny („Adaś, Ty się nic nie przejmuj, ja Cię tu wykarmię”). Wieczorami, przy dźwiękach winyli z przepastnej kolekcji Taty poświęcam od 2 do 3 h na rozluźnienie ciała. Czasem spaceruję bez celu, by zaraz potem uciąć drzemkę bez nastawiania budzika. Nieustannie szukam wewnętrznego spokoju wsłuchując się w to co podpowiada i czego domaga się organizm. Cieszę się tymi chwilami co nie jest dla mnie wcale takie oczywiste.

Niejednokrotnie, kiedy miałem okazję wypocząć, karciłem się w myślach za to, że marnuję tak cenny czas. Tym razem mam świadomość, że to jest dokładnie to co muszę zrobić i jednocześnie staram się nie dopuszczać do siebie myśi, że w zasadzie, jest to jedyne co mogę zrobić. Chociaż… nie do końca. Mogę jeszcze pisać. W środę 9 sierpnia na fan pejdżu Fundacji popełniłem tekst, który idealnie oddaje to co działo się w mojej głowie. Co więcej, ten tekst nie stracił na aktualności:

Niezwykle łatwo zatracić się w codziennym biegu. Gonitwie, którą świat stara się na nas wymusić i którą – część z nas – wymusza na sobie. Cieszyłem się z tego, że motywację do stawiania kolejnych kroków czerpię z wewnątrz. Założyłem, że dzięki temu, póki tli się we mnie życie, będzie również palił się ogień. Obserwowałem jak do tego ognia dolewane są coraz to większe dawki ambicji. Płomień buchał, silnik pracował na najwyższych obrotach, efekty działań pojawiały się grupami. Gaz do podłogi i cała naprzód!

Nie oglądałem się na innych. Robiłem rzeczy, które czułem, że powinienem zrobić i robiłem je we własnym tempie. Starałem się być tak produktywny jak to tylko możliwe. Nieustannie goniłem za uciekającym czasem. Tik,tak – to co by tu teraz zrobić? Tik, tak – odpoczywają lenie. Tik, tak – to jeszcze można dopracować a nad tym trzeba będzie popracować. Tik, tak, Tik, tak

Tak, tak, tak to Pan dewiat
a to jest jego świat…

To nie mogło trwać wiecznie. Ogień potrzebuje tlenu a człowiek oddechu.
(…)


Przy okazji jednej z wizyt w Domku Pod Brzozą mam okazję dłużej porozmawiać z Panem Markiem, właścicielem najlepszej knajpy w „Soko”. Gadamy o życiu, chociaż w gruncie rzeczy to Pan Marek mówi. Dowiaduję się o tym jak robił dobre pieniądze na uprawie pieczarek, czym handlował w Jugosławii, i dlaczego rzucił pracę za barem w łódzkiej pijalce piwa, która sprawiała mu tyle frajdy. Lubię słuchać ludzi i ich historii. W pewnym momencie Pan Marek uznaje pewnie, że za dużo mówi i chcąc usłyszeć coś ode mnie wistuje tak:

– Ula powiedziała mi, że w tym roku znowu gdzieś płyniesz. To pływanie chyba robi się coraz bardziej popularne bo dzisiaj w samochodzie słyszałem na „Trójce” materiał o jakimś wariacie, który chce przepłynąć Mazury. On tam ma chyba jakieś 30 km do przepłynięcia…”

– „37 kilometrów” = poprawiam Pana Marka „Właśnie rozmawia Pan z tym wariatem”

– Pojebało Cię ale trzymam kciuki. – kwituje Pan Marek.

– Dzięki. Jak to mówi moja Babcia, wciskając mi garść Rutinoscorbinów, „Jak nie pomoże to przynajmniej nie zaszkodzi”.

Nie do końca podzielam przekonanie mojej Babci o zbawiennym działaniu Rutinsocorbinu. Wiem, natomiast, że dla mnie zbawieniem okazały się Sokolniki. Na przełomie lipca i sierpnia dostałem cios po którym wylądowałem na deskach. Słyszałem odliczanie. W Sokolnikach udało mi się stanąć na nogach i ponownie podnieść gardę. Niebawem zabrzmi gong wzywający do decydującej rundy.

Jestem gotowy. Na tyle na ile mogę.

Jestem gotowy.

 

 

 

Rozdział I – Szpital na Tałtach

Każda historia ma gdzieś swój początek i swój koniec. Jest w niej bohater, potwór z którym trzeba się zmierzyć i droga na końcu której czeka nagroda. Historia, którą Ci opowiem zaczyna się w tym samym miejscu w którym się kończy – na jeziorze Tałty. W piątek, 21 lipca, przepłynąłem w nim 10 km. Nie wiedziałem wtedy, że będzie to mój ostatni poważny trening pływacki przed największym wyzwaniem tego roku i – być może – całego życia; pokonaniu wpław jezior i kanałów dzielących Giżycko i Mikołajki.

Warunki były mizerne. Pochmurno, zimno, odczuwalne i nieprzychylne prądy. Wskakując do wody nie byłem w najlepszym nastroju. Z każdym przepłyniętym kilometrem czułem się jednak lepiej. Doszło do tego, że ostatni kilometr płynąłem co jakiś czas włączając „turbo”. Oczami wyobraźni widziałem jak dopływam do Mikołajek, widzę rodzinę, przyjaciół i unoszę ręce w geście zwycięstwa. Następnego dnia planowaliśmy z Michałem Langierowiczem (jedna z głównych postaci tej historii – warto zapamiętać człowieka) najdłuższy trening tegorocznych przygotowań. Zamierzałem, jako trening, przepłynąć 20 km. Organizm miał jednak inne plany.

Zdążyłem wziąć ciepły prysznic. Padłem na łóżko i przespałem kolejne 32 z 36 godzin. W nocy z soboty na niedzielę obudziły mnie dreszcze. Wstałem żeby zrobić sobie aspirynę. Trząsłem się tak, że brzęczenie łyżki odbijającej się od szklanki, którą trzymałem w ręku obudziło Michała. Na tym etapie obaj wiedzieliśmy, że sytuacja jest poważna. Później dowiedziałem się, że jak zasnąłem, Michał szukał 24h godzinnej opieki ambulatoryjnej na wypadek pogorszenia mojego stanu.

W niedzielę podjęliśmy decyzję, że wracam do Łodzi by doprowadzić organizm do stanu używalności. Większość drogi powrotnej przespałem. Kiedy wszedłem do domu poczułem się jakby odrobinę lepiej. Mimo to zdecydowałem się „odkurzyć” termometr. Po kilku minutach rtęć pokazała 39,7 stopni Celsjusza.
Następnego dnia udało się zbić gorączkę do niepokojących – ale nie przerażających – wartości. Nadal męczyły mnie jednak problemy z układem pokarmowym, które zaczęły się w sobotę. Poszedłem do lekarza. Ten spojrzał w kartę, spojrzał w oczy, zważył, zmierzył i powiedział, że mam kupić Smectę, elektrolity i dużo pić. „Super” – pomyślałem – „Dwa-trzy dni i powstanę niczym jerzyk z popiołów”.

Kolejne dni nie przynosiły jednak poprawy. Czując presję czasu („został Ci miesiąc!”) zrobiłem jeszcze trzy treningi w dniach 30 i 31 lipca. Nie czułem się na siłach żeby wskoczyć do wody ale robiłem co mogłem żeby kontynuować przygotowania. Specjalnie nie chwaliłem się moim stanem. O tym, że dzieje się coś naprawdę niepokojącego wiedzieli chyba wyłącznie Rodzice, Michał i Marek. Wiedzieli ale nie znali szczegółów.

We wtorek, 1 sierpnia, dwóm ostatnim powiedziałem dokładnie jak wygląda sytuacja. Obaj wyrazili się jasno – „Jeżeli nie pójdziesz do szpitala, całe przygotowania pójdą na marne”. Wtedy to do mnie dotarło. Pojechałem do domu, spakowałem się i mimo zakodowanej w genach niechęci do służby zdrowia zgłosiłem na Oddział Chorób Zakaźnych w Szpitalu im. Biegańskiego. Na Izbie Przyjęć opowiedziałem jak wyglądały ostatnie dwa tygodnie. Chwilę potem byłem już w gabinecie lekarza dyżurnego – „Wygląda mi to na salmonellę. Zostaje Pan z nami”. Cholera.

Trafiłem do czystej i schludnej dwuosobowej sali. Dzieliłem ją z Panem Andrzejem, którego prawdopodobnie nie ma już z nami. Zrobiono mi badania, podłączono kroplówkę i zapodano kleik. Z nieba bezlitośnie lał się żar, który doskwierał wszystkim, niezależnie od tego czy byli pacjentami czy pracownikami szpitala.
Wieczorem na obchodzie podeszła pielęgniarka z trzema kroplówkami.
– „Co teraz będę pił?” spytałem.
– „Antybiotyk” usłyszałem w odpowiedzi.
Daruję Ci rozmowę jaką przeprowadziłem z pielęgniarka gdyż istotny jest jej finał – odmówiłem przyjęcia leku. Pół godziny później w sali pojawiła się Pani doktor.

– „Dlaczego odmówił Pan przyjęcia antybiotyku?”
– „Bo za trzy tygodnie mam przepłynąć wpław bardzo dużo kilometrów i nie wezmę nic co może mnie osłabić, tym bardziej, że nie wiadomo jeszcze co mi jest bo wyniki miały być dopiero za dwa dni.”

– „Ale ten antybiotyk działa na zdecydowaną większość podobnych przypadków”.

Ostatecznie się zgodziłem. W końcu zgłosiłem się do szpitala żeby dojść do siebie a nie żeby delektować się „specjalnością zakładu” czyli bezsmakowym kleikiem.
W szpitalu spędziłem sześć dni. Był to czas w którym przede wszystkim nie dopuszczałem do siebie myśli, że Mazury #podprad są jakkolwiek zagrożone. Oczywiście wiedziałem, że u bukmacherów kurs na sukces spadł. U niektórych być może nawet drastycznie. Ale nie u mnie. Byłem przekonany, że mimo wszystko – popłynę.


Nie użalałem się nad sobą. Zresztą jak mógłbym to robić skoro człowiek obok mnie był na krańcu swojej drogi. Na tym etapie obawiałem się jednego – dopuszczenia do siebie myśli, które mogłyby osłabić mnie psychicznie. Sądzę, że to głównie z tego powodu szukałem ucieczki.
Na przestrzeni sześciu dni, dwa razy, bez zgody personelu, opuściłem teren szpitala. Dwukrotnie udałem się do domu by choć przez chwilę być u siebie. Niestety, za każdym razem moje nieobecności zostały wychwycone przez personel szpitala (duh!). Za pierwszym razem przez telefon usłyszałem tylko stanowcze „Gdzie Pan się podziewa?”. Za drugim razem komunikat brzmiał „Jak za 5 minut nie będzie Pana na Sali to dzwonimy na Policję”. Na terenie szpitala byłem po upływie kwadransu. Żaden policjant nie czekał przy moim łóżku. Skończyło się na obrażonej Pani doktor i skonsternowanych salowych. Nie wykluczam, że to właśnie z powodu mojej niesubordynacji nadal nie wiem co mi się stało. Wiedziałem jednak co ta cała sytuacja z chorobą i szpitalem oznacza w szerszej perspektywie…

Żółta kartka.

Mój organizm stanowczo pokazał mi żółtą kartę. I odmówił współpracy.
Zarówno sportowi amatorzy jak i profesjonalni sportowcy potrafią się zatracić w dążeniu do stawania się lepszym. Racjonalnie wszyscy wiedzą, że odpoczynek i równowaga jest niezbędna, tak samo jak mądry trening. Ale wiedza nie znajduje często odzwierciedlenia w praktyce. Nie jest łatwo znaleźć równowagę. Wiele osób z rozpędu dodałaby „w tych czasach”. Nie uważam, żeby poszukiwanie równowagi było trudniejsze dzisiaj niż było wczoraj. Uważam jednak, że jest tak samo ważne dziś, jak było wczoraj i będzie jutro.
Równowaga. Kiedy dzielę się wskazówkami dotyczącymi pływania powtarzam, że w pływaniu, tak jak w życiu, najważniejsza jest równowaga. Mówiłem tak, nie do końca rozumiejąc czym jest ta równowaga w życiu.
Teraz wiedziałem natomiast, że ją zakłóciłem. Wiedziałem również, że muszę wyciągnąć wnioski.
Wyciągnąć wnioski i znaleźć równowagę.
To najpierw. A potem?
Się okaże…

#podprad

Za każdym razem kiedy w moim kierunku ktoś serwuje zdanie zaczynające się od “MUSISZ” z prędkością i precyzją godną Ma Longa, odbijam piłeczkę mówiąc “Nic nie muszę, wszystko mogę”.

Zgoda, obiektywnie rzecz biorąc to nieprawda. Są rzeczy, które muszę robić jeżeli chcę żyć i cała masa rzeczy, których nigdy – niezależnie od ilości pracy – nie będę w stanie zrobić. To jest jednak moja prawda. Prawda subiektywna. Wolę wierzyć w to, że wszystko mogę, niż w to, że coś muszę. To kompletnie zmienia perspektywę, czyli klucz do odczuwania szczęścia.

Nie muszę pływać.
Tym bardziej pływać ekstremalnych dystansów w otwartych wodach.
Nie muszę, ale wiem że mogę. Wiem, że jestem w stanie przepłynąć dystans, którego inni nie byliby w stanie przejść za jednym podejściem. 37 kilometrów wpław? Siur. Do zrobienia.

Nie tam należy jednak szukać przyczyn dla których to robię.

Od dziecka było dla mnie jasne, że prawdziwe skarby schowane są tam gdzie nikt nie szuka. W miejscach do których nie wiedzie żadna udeptana ścieżka i nie kieruje żadna mapa. Idąc z tłumem jedyne co napotkamy to kolejki, ścisk i kieszonkowców. Potknięcie grozi zadeptaniem a gwałtowny skok do przodu jest niemożliwy.
Tłum złożony z tysiąca ludzi nie ma tysiąca umysłów. Ma tylko jeden, umysł tłumu, który ponad wszystko ceni jednolitość.

Czytałem gdzieś-kiedyś, że człowiek wykorzystuje kilka procent możliwości swojego umysłu. W tłumie, procenty zamieniają się
w promile. Brzmi niegroźnie, a w piątkowy wieczór może nawet obiecująco… Niemniej jednak, to bardzo niebezpieczna tendencja.

To teraz krótki ale bardzo istotny fragment tego co powiedziałem
na ostatniej konferencji prasowej:

“(…) Cały ten proces, ta droga która mnie tutaj dzisiaj doprowadziła daje poczucie dumy i satysfakcji.

Nie jest to jednak łatwa droga. Żeby się na niej znaleźć musiałem porzucić nieźle zapowiadającą się karierę w renomowanej korporacji. Na pewnym etapie musiałem się zmierzyć z brakiem zrozumienia
ze strony najbliższych, którzy nie widzieli wtedy tego co widzą dziś. Musiałem się pogodzić z tym, że drogi z częścią bliskich znajomymi się rozejdą z powodu braku czasu i zmiany stylu życia. Mimo trzech poważnych operacji kolana i dramatycznego stanu zdrowia musiałem uwierzyć, że jestem w stanie wykonać tytaniczną pracę, która mnie tutaj doprowadzi. Ponad trzy tysiące przepłyniętych kilometrów, niezliczona ilość godzin. Ból, zniechęcenie, skrajne wycieńczenie organizmu, które w ostatnim czasie poskutkowało sześciodniowym pobytem w szpitalu. W skrócie, musiałem iść #podprad by być tu gdzie jestem teraz.”

A Ciebie, do miejsca w którym jesteś teraz, zaciągnął nurt czy doprowadziła siła charakteru?

#podprad

Jerzyk

Przygotowując się do pierwszego wyzwania w latach 2014-2015 byłem jak opętany. Jedyne o czym byłem w stanie myśleć, marzyć i mówić to była ta Cholerna Zatoka. Teraz jest inaczej.

W przeciwieństwie do ostatnich stu dni przygotowań sprzed dwóch lat, tym razem nie mogę skupić się wyłącznie na przepłynięciu. Nie mogę i nie chcę. Jest bowiem KEENO. Drugi z projektów, który nieustannie dostarcza coraz to nowych wyzwań i lekcji. Moje serce niezmiennie bije mocniej dla Swim For a Dream. Natomiast miejsce w głowie i dostępny czas są podzielone. Tylko konto w banku ma jednego faworyta.

KEENO to praca za którą otrzymuje wynagrodzenie, dzięki któremu mogę sobie pozwolić na przytulny kąt i własne łóżko. Swim For a Dream z kolei daje mi główny powód by z tego łózka się zrywać. Najczęściej kosztem zasłużonego snu. Czasem przed wschodem słońca.

W 99% tego co robię na co dzień nie ma nic wyjątkowego albo spektakularnego. To żaden heroizm. To wybór. Wybór dzięki, któremu mogę dzisiaj napisać, że jestem szczęśliwy.

Na to żeby być przygotowanym do kolejnego wypłynięcia za/granicę, pracuję na dobrą sprawę nieustannie odkąd pływanie stało się ważną częścią mojego życia. Czyli dobre 4 lata temu. Teraz jest, i ważniej, i poważniej. „3” z przodu zobowiązuje. O dziwo, jest też znacznie więcej luzu i spokoju. Taki paradoks.

Dojrzałem, a dzięki temu dojrzało Swim For a Dream.

Cała ta historia z pływaniem jest o tyle zajebista, że dzięki niej dużo lepiej poznałem siebie. Jasne, jestem cztery lata starszy od faceta, który w odmętach korpo, w gąszczu opinii, w mętliku interpretacji i zasypie deklaracji, wyśnił marzenie tak wielkie i masywne, że zdawało się mieć własne pole grawitacyjne.

Od tego czasu podjąłem wiele decyzji i popełniem wiele błędów, które doprowadziły mnie do miejsca w którym jestem dziś. Decyzji, które nauczyły mnie tego co dziś już wiem.

W procesie poznawania siebie, dużą rolę odegrały długie, czasem niełatwe, rozmowy. Rozmowmy z samym sobą. W telewizyjnej ramówce nazwano by to „Rozmowy w Wodzie”.

Gadanie, jak pisanie, od zawsze przychodziło mi z łatwością i sprawiało frajdę. Potrzebowałem jednak trochę czasu, żeby zrozumieć, że od pięknych słów dużo piękniejsze potrafią być czyny. Szczególnie jeżeli są to czyny będące echem wyznawanych wartości a nie wyjątkiem afirmującym regułę.

Dogadałem się ze sobą. Mimo tak licznych sprzeczności, w wielu tematach, doszedłem do porozumienia. Odkodowałem większość d.n.a.Adama. Stąd wiem na przykład, że nie posiadam genu celebryctwa.

Jasne. Wszelkie formy społecznej aprobaty są, najzwyczajniej w świecie, przyjemne. Niezależnie od tego czy jest to kciuk czy pokojowa nagroda Nobla – aktywowany w mózgu jest ten sam obszar, uwalniający ten sam hormon.

Są tacy, którzy gonią za pochwałami by wypełnić pustkę, którą w sobie noszą. Poklepywanie w plecy to dla nich jedyna siła napędowa. Ja mam inny napęd. No i nie mam nic przeciwko soczystemu kopowi w dupę. Czasem taki się należy.

Z wyjątkiem faceta, który każdego ranka patrzy na mnie z lustra nikomu i nic nie zamierzam udowadniać. Tyle tylko, że czas rywalizacji z tym facetem to zamknięty rozdział. Przyszedł czas na dialog i współpracę.

Żaden wywiad, żadne zdjęcie, żaden komentarz nie są źródłem trwałej przyjemność. Takim źródłem jest natomiast przekonanie o właściwym korzystaniu z zasobów czasu i własnego potencjału.

Dotarło do mnie, że to nie gadanie ale konsekwentna praca i szczerość wobec samego siebie jest fundamentem tego przekonania. Tak odkryłem azymut.

Nie ważne jest co robisz, ale JAK to robisz. Nastawienie i emocje, które towarzyszą Ci w tym co robisz znajdą odbicie w efektach Twojej pracy. Ja w to wierzę. Wierzę też w to co robię. Niczym Franek S., robię to po swojemu i tak jak Kazik S., idę prosto kontemplując o stanie Tej krainy.

Krok po kroku.
Ruch za ruchem.
O tym gdzie dopłynę zdecyduje ilość pracy. Tak jest. Zawsze. I tym razem tak będzie.
To dobrze.
Jerzyk pracy się nie boi.

#keepgoing #podprad

Per stercore ad astra

Do szpitala przyjęli mnie we wtorek. Zgłosiłem się za namową @Michał i @Marek, którzy wiedzieli, że sam tego nie zrobię. Na izbie przyjęć zdałem relacje z tego co się działo ze mną, począwszy od piątku 21.08 (ostatnie pływanie po którym były 32 h spania i 39,7 gorączki). To wystarczyło żeby natychmiast znalazło się dla mnie łóżko i cały zastęp kroplówek. Pierwsza diagnoza – SALMONELLA (sic!).

Dzisiejsze wyniki badań, przeprowadzonych na wejściu, wykluczyły tę diagnozę. To dobra wiadomość. Słabsza jest taka, że nadal nie wiadomo co mi jest. Co ważne, podawany dożylnie antybiotyk (albo wypoczynek w szpitalnym łóżku) zaczął działać. Czuję się lepiej.
W niedzielę mają mnie wypisać. Mam nadzieję, że do tego czasu nie zwariuję (i dowiem się co mi jest). Zostało raptem #21dni. Powinienem szlifować formę a nie gubić siły i kilogramy na szpitalnym łóżku. Plany swoje, życie swoje. Jak na ironię, sierpień miałem rozplanowany pod linijkę. Dieta, treningi, sen, zajęcia z psychologiem sportowym – wszystko dograne, dopięte i zaplanowane.

A teraz wszystko trafił szlag. Chociaż nie. Nie wszystko. Paradoksalnie dzięki temu co przeszedłem przez ostatnie dwa tygodnie jestem jeszcze bardziej pewien tego, że przepłynę. Ta choroba i wizyta w szpitalu mnie wzmocniły. Może nie fizycznie ale na pewno psychicznie. Zresztą, jak mógłbym się mazgaić kiedy dzieliłem pokój z człowiekiem, którego za miesiąc już z nami nie będzie.
„Przepraszam Pana, że tak jęczę ale mnie boli”
Oby Tobie i mi, nigdy, nie było dane poznać bólu o którym mówił Pan Czarek.

Jak opisać ten czas w jednym zdaniu i przy okazji wyjść na wykształconego młodego prawnika z poczuciem humoru? Ano tak:
Per stercore ad astra

Dzika rzeka, dzień IV: Posmak szampana

Chojraki nadpływają! Słońce przygrzewa, Warta chłodzi, „tojtoj” nie smrodzi. Nastrój rewelacja, szczęścia kumulacja. Żeby uchronić się przed zarzutem bycia niby-Polakiem (zarzut: brak narzekania), ZA DUŻO dookoła donośnego bzykania. Na to jednak wpływ ograniczony mamy. W końcu my – Chojraki – Wartą, a nie Muchami, władamy.

Dobra, Łódź od rymowania ma innego Adama.

Wczoraj pisałem o determinacji w oczach, która zastąpiła uśmiechy. Dzisiaj od rana uśmiechy wróciły. Część z nas obudził donośny komunikat – „Słońce!”. Później było już tylko lepiej.
Silny prąd ułatwiał pływanie, woda w Warcie na progu wrzenia (20 stopni Celsjusza), magiczna bariera 400 przepłyniętych kilometrów pękła, na obiad kurczak z kaszą. Wybornie.
Z tego wszystkiego stwierdziłem, że lecę na swój najlepszy czas. Do tej pory było to 49 minut. Najlepszy czas naszej ekipy wynosił podobno 48 minut. Wpadłem do Warty jak torpeda. Każde pociągnięcie i każde kopnięcie było energiczne. Pilnowałem rytmu ale nie zapomniałem o sile. Nawigacja ograniczona do niezbędnego minimum. Trasę znam już dobrze. Zacząłem rozumieć jak rozkładają się prądy. Starałem się płynąć tak, żeby skorzystać z ich dobrodziejstwa.

„Przyznaje się Pan do szybkiego pływania?”
„Tak Panie Sędzio”
Werdykt – 46 minut.

Na statek wchodził Szeregowy Jeż a schodził Dumny Paw. Szukałem wzrokiem kogoś chętnego na pogawędkę. Nie zapytał nikt o czas…
Nic to. Moim zadaniem było nawiązać a potem sprowadzić rozmowę na właściwe tory. Po mnie płynął Marek Pietraszewki, który wczoraj zmagał się z gorszym samopoczuciem. Wyglądało na to, że się rozłoży. Czekałem na niego na brzegu.

„Jak się pływało? (pytanie otwierające) Jaki czas? (pytanie zasadnicze)”
„Nieźle. 44 minuty. A Twój?”
„Nie ważne.”
Zdrowa zespołowa rywalizacja w pigułce.

O meritum zahaczyłem. Przypadkowa, wydawałoby się, zbieranina ludzi, kończy jako zespół. Każdy z nas włożył dużo serca, wysiłku i odwagi w to by projekt „Wartą dla Chojraków” zakończył się sukcesem. W tym miejscu chciałbym zaznaczyć, że niestety nie wszyscy z nas dopłyną do Poznania.
Wczoraj, jedna z najmłodszych uczestniczek, Wiktoria Kasprzak musiała pojechać do szpitala. To co na początku wydawało się przeziębieniem, okazało się ogólną infekcją organizmu połączoną z arytmią serca wywołaną skrajnym wysiłkiem. Z tego co wiem, wszystko jest teraz pod kontrolą a Wiktoria dochodzi do siebie. Zdrowiej dziewczyno. Teraz myślisz zapewne inaczej ale wykonałaś kawał dobrej roboty.
Już wiemy, że się uda. Jako zespół przetrwaliśmy naprawdę trudne chwile. Widocznie tak musiało być. Jestem zdania, że wyłącznie sukces poprzedzony ciężką pracą i wyrzeczeniami ma posmak szampana. Nawet jeżeli na mecie/szczycie nie wystrzeli żaden korek.
Jutro pęknie rekord i strzelą korki. Będzie PETARDA!

Dzika rzeka, dzień 3 – Wojownicze dziki ninja

Opadł już kurz po wczorajszej bitwie. Walka ze słabościami i lękami trwa jednak w najlepsze. Przed nami ostatnia prosta do ustanowienia długodystansowego rekordu pływackiego… prosta licząca jakieś 120 km.
Wczorajsze wydarzenia, takie jak poważna awaria naszego bazo-namioto-sypialni oraz dramatyczne warunki pogodowe, pozostawiły trwały ślad w głowach pływaków oraz osób zajmujących się zapleczem logistycznym. Wczoraj, wszyscy – bez wyjątku – zdali sobie sprawę z tego czego się podjęliśmy i z jakim ryzykiem się to wiąże. To nie jest przypadek, że nikt na świecie nie przepłynął takiego dystansu (500 km), w tak nielicznym zespole (14 osób – 8 kobiet, 6 mężczyzn) w tak ograniczonym czasie (116 godz.) i tak nieprzewidywalnym akwenie (rzeka). Krótko – powodzenie tego pięknego projektu wisiało wczoraj na bardzo cienkim włosku.

Dzisiaj jest lepiej. Co miało spaść, spadło. Co miało zawiać, zawiało. Co miało nas uświadomić, uświadomiło. Brak deszczu jest dla wszystkich ogromnym zastrzykiem pozytywnej energii. Wspomnienia wczorajszej nocy pozostają jednak żywe. Może to dlatego dzisiaj, pierwsza dwójka pływaków była zmuszona uznać wyższość rzeki. Ich „pływacką rację”, czyli 5 km, musieli dokończyć pływacy następni w kolejce. Oznacza to tyle, że cała reszta ma krótszy czas na regenerację. Na chwilową /oby/ niedyspozycję wpływ mogła mieć znacznie niższa temperatura wody w Warcie. Zimna noc i silne opady spowodowały, że woda ma nie więcej niż 17 stopni Celsjusza, jakieś 3 stopnie mniej niż wczoraj. Warto podkreślić, że wszyscy pływamy bez pianek neoprenowych, które znacznie ułatwiłyby sprawę. Do tego w Warcie pełno jest liści, badyli i… [Uwaga! NowoSłowo!] merty. Merta to taka roślina wodna, glon taki. Jak go dzisiaj rano zobaczyłem to od razu w głowie pojawiły się kreskówkowe odpady radioaktywne. Jestem już duży i wiem jak nikłe były moje szanse na to, że po „kąpieli” zmienię się w Wojowniczego Dzika Ninja… Rozczarowaniem wynikające z faktu,
że nadal nie umiem zrobić salta było jednak całkiem realne. Tak samo jak odczuwane zimno.
Promienne uśmiechy malujące się na naszych twarzach we wtorek i środę zastąpił błysk nieustępliwej determinacji w oczach. Wszyscy mają świadomość, że są częścią czegoś wielkiego. Płyniemy żeby zebrać środki niezbędne do rozbudowy Instytutu Onkologii dla najmłodszych pacjentów. Dzięki naszym trudom i rozgłosowi (TVN24, TVP1), który towarzyszy akcji, zgłaszają się firmy z całej Polski deklarujące chęć wsparcia budowy. Wczoraj na konto stowarzyszenia „Dzieciaki Chojraki”, od jednej firmy trafiło 50 000 zł.

Można?

Nadal wysyłane są również smsy, które w całości przeznaczone zostaną na realizację celu nadrzędnego – budowy miejsca w którym dzieciaki miałyby pełne wsparcie w walce
o to najcenniejsze. Taki sms (treść: CHOJRAKI, numer 72052) to łączny koszt 2,46 zł. Jeżeli jeszcze nie odwiedziliście pomagam.pl/sfad i nie pomogliście w pomaganiu to możecie uzyskać szybkie rozgrzeszenie poprzez wysłanie jeszcze szybszego smsa.
Rekord, który być może uda nam się ustalić to raptem środek a nie cel. Celem jest, była i zawsze będzie pomoc innym.
#pomagajmypokimozemy

***

Dzisiaj w nocy ma być 9 stopni. To znaczy, że temperatura wody w Warcie znowu spadnie. Razem
z smsami ślijcie ciepłe myśli.
Właśnie się dowiedziałem, że trzecia osoba nie była w stanie przepłynąć pełnego dystansu. Na godz. 21 mamy zaplanowanie zebranie pływaków.
Pozdrowienia dla mamy Agaty Winkler (jedna z pływaczek). Cieszę się, że dobrze się Pani to czyta 

Wielkie podziękowania dla:
Aqua-Speed – za sprzęt i umożliwienie mi startu w tej sztafecie
Fit-Meal – za vice-najlepsze jedzenie w życiu (Babcia zawsze #1)
KEENOPersonal Trainers – za srzęt treningowy i przygotowania
VERSITE – za to, że możecie czytać ten wpis.

Dzika rzeka, dzień II: Szeregowy Jeż

Czas: 14:43. Czwartek.

Miejsce: Statek weekend z którego startuje każdy z pływaków uczestniczących w sztafecie Wartą dla Chojraków

Rytmiczny dźwięk ulewy przerywa retro melodyjka Nokii z ubiegłego tysiąclecia. Sternik odbiera telefon.

„Ok, zrozumiałem.” Telefon ląduje w kieszeni.
„Pływakowi przed Tobą zostało 400 metrów, dwie minuty do startu.”

Projektor w mojej głowie wyświetla właśnie otwierające sceny filmu Szeregowiec Ryan. Tom Hanks z ekipą zbliżają się do plaży w Normandii. Amfibie pełne aliantów szybko tną wodę pokonując ostatnie metry Kanału La Manche. Kierunek: francuska plaża (bynajmniej nie Saint Tropez). Za chwilę rozpocznie się desant, który ostatecznie rozstrzygnie losy II wojny światowej. Strach, który wisi w powietrzu za chwilę zmiesza się z setkami nazistowskich pocisków. Niektórzy zwracają na buty swój ostatni posiłek w życiu. Inni odmawiają niemą modlitwę. Opada właz. JEB! JEB! JEB! JEB!

Projekcje przerywa niepozostawiająca pola do dyskusji komenda – „START!”

Ratownik odsuwa płachtę osłaniającą wnętrze statku od ulewy. Odruchowo wskakuję do wody chociaż głowa pełna jest wątpliwości. Specjalnie zostaję chwilę dłużej pod wodą bo wiem, że jak się wynurzę to dorwie mnie ostry i przeszywający wiatr niosący ze sobą ulewę małych pocisków. Wynurzenie. Tafla wody wygląda jakby cały Wermacht dorwał się do CKMów i ładował w Wartę. Omaha Beach = Mechlin Beach. Wybornie.

Dobra, nie ma mazania się. Przyjechałem tu żeby pływać a nie narzekać. Pierwsze ruchy rękoma i już wiem, że zmarznę. Nie chodzi o wodę. Ta jest przyjemna. Nie ciepła, nie zimna – przyjemna. Uczucie zimna powoduje jednak wiatr, który bezlitośnie smaga ramiona jak tylko te opuszczają wodę.

Co chwila trafiam na kolejne niespodzianki w wodzie. Glon, kijek, liść, glon, kijek, liść. Jeszcze niedawno takie spotkanie w otwartej wodzie oznaczało +50 do tętna i chwilowe przerwanie pływania. Teraz jest inaczej. Chcę jak najszybciej dopłynąć do mety. Chcę wejść do kajuty, wytrzeć się, wypić duszkiem gorącą herbatę i wskoczyć pod ciepły koc. Od tego momentu dzieli mnie jakieś 50 długich minut.

Za pierwszy zakrętem czeka na mnie niespodzianka.

Raz. Fala. Dwa.
Tik. Fala. Tak.

Skąd tu fale? Przecież to rzeka. Poza tym jak to możliwe żeby fale szły pod prąd? Było na geografii zadawać te pytania. Teraz trzeba sobie radzić. Sprawa nie jest prosta bo nacierają na mnie zastępy, „krótkich”, nierytmicznych fal. Te bydlaki skutecznie wybijają pływaka z rytmu i uniemożliwiają efektywne i energooszczędne pływanie. One zmuszają do walki i nie przepuszczają słabych.

Szeregowiec Jeż melduje gotowość bojową. Na pohybel skubańcom!

To była bitwa na nierozpoznanym do końca polu. Zwiadowcy działali od wtorku ale nie zdołali poznać wroga na wylot. Było srogo. Przypomniałem sobie treningi na otwartym Bałtyku. Do tego okazało się, że sprzymierzeńcy nie są zaprawieni w boju. Asekurujący mnie ratownik na skuterze wodnym płynął od zawietrznej. Ahhh, nie ma to jak zapach świeżych spalin o trzeciej. Na szczęście wystarczyły dwa wymowne gesty by ten zrozumiał o co chodzi.

Raz. Fala. Dwa.
Tik. Fala. Tak.

Podnoszę głowę. Najpierw kontroluję czy nie zepchnęło mnie za bardzo do któregoś z brzegów. Jestem pośrodku koryta rzeki. Potem patrzę przed siebie. Widzę drugi most. Znaczy meta. Przepływam pod nim i na niebie widzę jakiegoś ptaka. Znowu przypomniał mi się Bałtyk i trening we wzburzonej wodzie w trakcie którego dzielnie towarzyszyła mi mewa. Wtedy czułem się lepiej, że mam towarzysza. Teraz na początku też poczułem się lepiej. Dopóki nie zobaczyłem, że na niebie krąży całe stado ptaków. „Sępy” pomyślałem. „Nie tym razem. Z tej potyczki Szeregowiec Jeż wyszedł zwycięsko.”

Wchodzę na statek. Tam zamiast nagrody czeka na mnie lekarz i obowiązkowe pobranie krwi. Oświadczam, że nic nie oddam. No i że chcę herbatę. Kilka łyków boskiego wywaru i smutne oczy Pani doktor zmiękczyły moje zmarznięte od dawna serce. „Z prawej ręki se Pani pobierze.”

Rytmiczny dźwięk ulewy przerywa retro melodyjka Nokii z ubiegłego tysiąclecia. Sternik odbiera telefon. Zakładam, że pytanie otwierające brzmi w stylu „Jak warunki?”

Odpowiedź pada jakby była przygotowana od samego startu.

„Deszcz, wiatr, fale, k***a Armaggedon.”

Lepiej bym tego nie opisał.

Właśnie się dowiedziałem, że ze względu na warunki skracamy przepływany dystans. Każdy z pływaków pływa po 2,5 km. To oznacza, że każdy z nas do Warty będzie wchodził cztery razy w ciągu doby. Wyśmienicie.

Walczymy!

1 2