Załadunek...

Kategoria: Blog

Rozdział I – Szpital na Tałtach

Każda historia ma gdzieś swój początek i swój koniec. Jest w niej bohater, potwór z którym trzeba się zmierzyć i droga na końcu której czeka nagroda. Historia, którą Ci opowiem zaczyna się w tym samym miejscu w którym się kończy – na jeziorze Tałty. W piątek, 21 lipca, przepłynąłem w nim 10 km. Nie wiedziałem wtedy, że będzie to mój ostatni poważny trening pływacki przed największym wyzwaniem tego roku i – być może – całego życia; pokonaniu wpław jezior i kanałów dzielących Giżycko i Mikołajki.

Warunki były mizerne. Pochmurno, zimno, odczuwalne i nieprzychylne prądy. Wskakując do wody nie byłem w najlepszym nastroju. Z każdym przepłyniętym kilometrem czułem się jednak lepiej. Doszło do tego, że ostatni kilometr płynąłem co jakiś czas włączając „turbo”. Oczami wyobraźni widziałem jak dopływam do Mikołajek, widzę rodzinę, przyjaciół i unoszę ręce w geście zwycięstwa. Następnego dnia planowaliśmy z Michałem Langierowiczem (jedna z głównych postaci tej historii – warto zapamiętać człowieka) najdłuższy trening tegorocznych przygotowań. Zamierzałem, jako trening, przepłynąć 20 km. Organizm miał jednak inne plany.

Zdążyłem wziąć ciepły prysznic. Padłem na łóżko i przespałem kolejne 32 z 36 godzin. W nocy z soboty na niedzielę obudziły mnie dreszcze. Wstałem żeby zrobić sobie aspirynę. Trząsłem się tak, że brzęczenie łyżki odbijającej się od szklanki, którą trzymałem w ręku obudziło Michała. Na tym etapie obaj wiedzieliśmy, że sytuacja jest poważna. Później dowiedziałem się, że jak zasnąłem, Michał szukał 24h godzinnej opieki ambulatoryjnej na wypadek pogorszenia mojego stanu.

W niedzielę podjęliśmy decyzję, że wracam do Łodzi by doprowadzić organizm do stanu używalności. Większość drogi powrotnej przespałem. Kiedy wszedłem do domu poczułem się jakby odrobinę lepiej. Mimo to zdecydowałem się „odkurzyć” termometr. Po kilku minutach rtęć pokazała 39,7 stopni Celsjusza.
Następnego dnia udało się zbić gorączkę do niepokojących – ale nie przerażających – wartości. Nadal męczyły mnie jednak problemy z układem pokarmowym, które zaczęły się w sobotę. Poszedłem do lekarza. Ten spojrzał w kartę, spojrzał w oczy, zważył, zmierzył i powiedział, że mam kupić Smectę, elektrolity i dużo pić. „Super” – pomyślałem – „Dwa-trzy dni i powstanę niczym jerzyk z popiołów”.

Kolejne dni nie przynosiły jednak poprawy. Czując presję czasu („został Ci miesiąc!”) zrobiłem jeszcze trzy treningi w dniach 30 i 31 lipca. Nie czułem się na siłach żeby wskoczyć do wody ale robiłem co mogłem żeby kontynuować przygotowania. Specjalnie nie chwaliłem się moim stanem. O tym, że dzieje się coś naprawdę niepokojącego wiedzieli chyba wyłącznie Rodzice, Michał i Marek. Wiedzieli ale nie znali szczegółów.

We wtorek, 1 sierpnia, dwóm ostatnim powiedziałem dokładnie jak wygląda sytuacja. Obaj wyrazili się jasno – „Jeżeli nie pójdziesz do szpitala, całe przygotowania pójdą na marne”. Wtedy to do mnie dotarło. Pojechałem do domu, spakowałem się i mimo zakodowanej w genach niechęci do służby zdrowia zgłosiłem na Oddział Chorób Zakaźnych w Szpitalu im. Biegańskiego. Na Izbie Przyjęć opowiedziałem jak wyglądały ostatnie dwa tygodnie. Chwilę potem byłem już w gabinecie lekarza dyżurnego – „Wygląda mi to na salmonellę. Zostaje Pan z nami”. Cholera.

Trafiłem do czystej i schludnej dwuosobowej sali. Dzieliłem ją z Panem Andrzejem, którego prawdopodobnie nie ma już z nami. Zrobiono mi badania, podłączono kroplówkę i zapodano kleik. Z nieba bezlitośnie lał się żar, który doskwierał wszystkim, niezależnie od tego czy byli pacjentami czy pracownikami szpitala.
Wieczorem na obchodzie podeszła pielęgniarka z trzema kroplówkami.
– „Co teraz będę pił?” spytałem.
– „Antybiotyk” usłyszałem w odpowiedzi.
Daruję Ci rozmowę jaką przeprowadziłem z pielęgniarka gdyż istotny jest jej finał – odmówiłem przyjęcia leku. Pół godziny później w sali pojawiła się Pani doktor.

– „Dlaczego odmówił Pan przyjęcia antybiotyku?”
– „Bo za trzy tygodnie mam przepłynąć wpław bardzo dużo kilometrów i nie wezmę nic co może mnie osłabić, tym bardziej, że nie wiadomo jeszcze co mi jest bo wyniki miały być dopiero za dwa dni.”

– „Ale ten antybiotyk działa na zdecydowaną większość podobnych przypadków”.

Ostatecznie się zgodziłem. W końcu zgłosiłem się do szpitala żeby dojść do siebie a nie żeby delektować się „specjalnością zakładu” czyli bezsmakowym kleikiem.
W szpitalu spędziłem sześć dni. Był to czas w którym przede wszystkim nie dopuszczałem do siebie myśli, że Mazury #podprad są jakkolwiek zagrożone. Oczywiście wiedziałem, że u bukmacherów kurs na sukces spadł. U niektórych być może nawet drastycznie. Ale nie u mnie. Byłem przekonany, że mimo wszystko – popłynę.


Nie użalałem się nad sobą. Zresztą jak mógłbym to robić skoro człowiek obok mnie był na krańcu swojej drogi. Na tym etapie obawiałem się jednego – dopuszczenia do siebie myśli, które mogłyby osłabić mnie psychicznie. Sądzę, że to głównie z tego powodu szukałem ucieczki.
Na przestrzeni sześciu dni, dwa razy, bez zgody personelu, opuściłem teren szpitala. Dwukrotnie udałem się do domu by choć przez chwilę być u siebie. Niestety, za każdym razem moje nieobecności zostały wychwycone przez personel szpitala (duh!). Za pierwszym razem przez telefon usłyszałem tylko stanowcze „Gdzie Pan się podziewa?”. Za drugim razem komunikat brzmiał „Jak za 5 minut nie będzie Pana na Sali to dzwonimy na Policję”. Na terenie szpitala byłem po upływie kwadransu. Żaden policjant nie czekał przy moim łóżku. Skończyło się na obrażonej Pani doktor i skonsternowanych salowych. Nie wykluczam, że to właśnie z powodu mojej niesubordynacji nadal nie wiem co mi się stało. Wiedziałem jednak co ta cała sytuacja z chorobą i szpitalem oznacza w szerszej perspektywie…

Żółta kartka.

Mój organizm stanowczo pokazał mi żółtą kartę. I odmówił współpracy.
Zarówno sportowi amatorzy jak i profesjonalni sportowcy potrafią się zatracić w dążeniu do stawania się lepszym. Racjonalnie wszyscy wiedzą, że odpoczynek i równowaga jest niezbędna, tak samo jak mądry trening. Ale wiedza nie znajduje często odzwierciedlenia w praktyce. Nie jest łatwo znaleźć równowagę. Wiele osób z rozpędu dodałaby „w tych czasach”. Nie uważam, żeby poszukiwanie równowagi było trudniejsze dzisiaj niż było wczoraj. Uważam jednak, że jest tak samo ważne dziś, jak było wczoraj i będzie jutro.
Równowaga. Kiedy dzielę się wskazówkami dotyczącymi pływania powtarzam, że w pływaniu, tak jak w życiu, najważniejsza jest równowaga. Mówiłem tak, nie do końca rozumiejąc czym jest ta równowaga w życiu.
Teraz wiedziałem natomiast, że ją zakłóciłem. Wiedziałem również, że muszę wyciągnąć wnioski.
Wyciągnąć wnioski i znaleźć równowagę.
To najpierw. A potem?
Się okaże…

#podprad

Za każdym razem kiedy w moim kierunku ktoś serwuje zdanie zaczynające się od „MUSISZ” z prędkością i precyzją godną Ma Longa, odbijam piłeczkę mówiąc „Nic nie muszę, wszystko mogę”.

Zgoda, obiektywnie rzecz biorąc to nieprawda. Są rzeczy, które muszę robić jeżeli chcę żyć i cała masa rzeczy, których nigdy – niezależnie od ilości pracy – nie będę w stanie zrobić. To jest jednak moja prawda. Prawda subiektywna. Wolę wierzyć w to, że wszystko mogę, niż w to, że coś muszę. To kompletnie zmienia perspektywę, czyli klucz do odczuwania szczęścia.

Nie muszę pływać.
Tym bardziej pływać ekstremalnych dystansów w otwartych wodach.
Nie muszę, ale wiem że mogę. Wiem, że jestem w stanie przepłynąć dystans, którego inni nie byliby w stanie przejść za jednym podejściem. 37 kilometrów wpław? Siur. Do zrobienia.

Nie tam należy jednak szukać przyczyn dla których to robię.

Od dziecka było dla mnie jasne, że prawdziwe skarby schowane są tam gdzie nikt nie szuka. W miejscach do których nie wiedzie żadna udeptana ścieżka i nie kieruje żadna mapa. Idąc z tłumem jedyne co napotkamy to kolejki, ścisk i kieszonkowców. Potknięcie grozi zadeptaniem a gwałtowny skok do przodu jest niemożliwy.
Tłum złożony z tysiąca ludzi nie ma tysiąca umysłów. Ma tylko jeden, umysł tłumu, który ponad wszystko ceni jednolitość.

Czytałem gdzieś-kiedyś, że człowiek wykorzystuje kilka procent możliwości swojego umysłu. W tłumie, procenty zamieniają się
w promile. Brzmi niegroźnie, a w piątkowy wieczór może nawet obiecująco… Niemniej jednak, to bardzo niebezpieczna tendencja.

To teraz krótki ale bardzo istotny fragment tego co powiedziałem
na ostatniej konferencji prasowej:

„(…) Cały ten proces, ta droga która mnie tutaj dzisiaj doprowadziła daje poczucie dumy i satysfakcji.

Nie jest to jednak łatwa droga. Żeby się na niej znaleźć musiałem porzucić nieźle zapowiadającą się karierę w renomowanej korporacji. Na pewnym etapie musiałem się zmierzyć z brakiem zrozumienia
ze strony najbliższych, którzy nie widzieli wtedy tego co widzą dziś. Musiałem się pogodzić z tym, że drogi z częścią bliskich znajomymi się rozejdą z powodu braku czasu i zmiany stylu życia. Mimo trzech poważnych operacji kolana i dramatycznego stanu zdrowia musiałem uwierzyć, że jestem w stanie wykonać tytaniczną pracę, która mnie tutaj doprowadzi. Ponad trzy tysiące przepłyniętych kilometrów, niezliczona ilość godzin. Ból, zniechęcenie, skrajne wycieńczenie organizmu, które w ostatnim czasie poskutkowało sześciodniowym pobytem w szpitalu. W skrócie, musiałem iść #podprad by być tu gdzie jestem teraz.”

A Ciebie, do miejsca w którym jesteś teraz, zaciągnął nurt czy doprowadziła siła charakteru?

#podprad

Jerzyk

Przygotowując się do pierwszego wyzwania w latach 2014-2015 byłem jak opętany. Jedyne o czym byłem w stanie myśleć, marzyć i mówić to była ta Cholerna Zatoka. Teraz jest inaczej.

W przeciwieństwie do ostatnich stu dni przygotowań sprzed dwóch lat, tym razem nie mogę skupić się wyłącznie na przepłynięciu. Nie mogę i nie chcę. Jest bowiem KEENO. Drugi z projektów, który nieustannie dostarcza coraz to nowych wyzwań i lekcji. Moje serce niezmiennie bije mocniej dla Swim For a Dream. Natomiast miejsce w głowie i dostępny czas są podzielone. Tylko konto w banku ma jednego faworyta.

KEENO to praca za którą otrzymuje wynagrodzenie, dzięki któremu mogę sobie pozwolić na przytulny kąt i własne łóżko. Swim For a Dream z kolei daje mi główny powód by z tego łózka się zrywać. Najczęściej kosztem zasłużonego snu. Czasem przed wschodem słońca.

W 99% tego co robię na co dzień nie ma nic wyjątkowego albo spektakularnego. To żaden heroizm. To wybór. Wybór dzięki, któremu mogę dzisiaj napisać, że jestem szczęśliwy.

Na to żeby być przygotowanym do kolejnego wypłynięcia za/granicę, pracuję na dobrą sprawę nieustannie odkąd pływanie stało się ważną częścią mojego życia. Czyli dobre 4 lata temu. Teraz jest, i ważniej, i poważniej. „3” z przodu zobowiązuje. O dziwo, jest też znacznie więcej luzu i spokoju. Taki paradoks.

Dojrzałem, a dzięki temu dojrzało Swim For a Dream.

Cała ta historia z pływaniem jest o tyle zajebista, że dzięki niej dużo lepiej poznałem siebie. Jasne, jestem cztery lata starszy od faceta, który w odmętach korpo, w gąszczu opinii, w mętliku interpretacji i zasypie deklaracji, wyśnił marzenie tak wielkie i masywne, że zdawało się mieć własne pole grawitacyjne.

Od tego czasu podjąłem wiele decyzji i popełniem wiele błędów, które doprowadziły mnie do miejsca w którym jestem dziś. Decyzji, które nauczyły mnie tego co dziś już wiem.

W procesie poznawania siebie, dużą rolę odegrały długie, czasem niełatwe, rozmowy. Rozmowmy z samym sobą. W telewizyjnej ramówce nazwano by to „Rozmowy w Wodzie”.

Gadanie, jak pisanie, od zawsze przychodziło mi z łatwością i sprawiało frajdę. Potrzebowałem jednak trochę czasu, żeby zrozumieć, że od pięknych słów dużo piękniejsze potrafią być czyny. Szczególnie jeżeli są to czyny będące echem wyznawanych wartości a nie wyjątkiem afirmującym regułę.

Dogadałem się ze sobą. Mimo tak licznych sprzeczności, w wielu tematach, doszedłem do porozumienia. Odkodowałem większość d.n.a.Adama. Stąd wiem na przykład, że nie posiadam genu celebryctwa.

Jasne. Wszelkie formy społecznej aprobaty są, najzwyczajniej w świecie, przyjemne. Niezależnie od tego czy jest to kciuk czy pokojowa nagroda Nobla – aktywowany w mózgu jest ten sam obszar, uwalniający ten sam hormon.

Są tacy, którzy gonią za pochwałami by wypełnić pustkę, którą w sobie noszą. Poklepywanie w plecy to dla nich jedyna siła napędowa. Ja mam inny napęd. No i nie mam nic przeciwko soczystemu kopowi w dupę. Czasem taki się należy.

Z wyjątkiem faceta, który każdego ranka patrzy na mnie z lustra nikomu i nic nie zamierzam udowadniać. Tyle tylko, że czas rywalizacji z tym facetem to zamknięty rozdział. Przyszedł czas na dialog i współpracę.

Żaden wywiad, żadne zdjęcie, żaden komentarz nie są źródłem trwałej przyjemność. Takim źródłem jest natomiast przekonanie o właściwym korzystaniu z zasobów czasu i własnego potencjału.

Dotarło do mnie, że to nie gadanie ale konsekwentna praca i szczerość wobec samego siebie jest fundamentem tego przekonania. Tak odkryłem azymut.

Nie ważne jest co robisz, ale JAK to robisz. Nastawienie i emocje, które towarzyszą Ci w tym co robisz znajdą odbicie w efektach Twojej pracy. Ja w to wierzę. Wierzę też w to co robię. Niczym Franek S., robię to po swojemu i tak jak Kazik S., idę prosto kontemplując o stanie Tej krainy.

Krok po kroku.
Ruch za ruchem.
O tym gdzie dopłynę zdecyduje ilość pracy. Tak jest. Zawsze. I tym razem tak będzie.
To dobrze.
Jerzyk pracy się nie boi.

#keepgoing #podprad

Per stercore ad astra

Do szpitala przyjęli mnie we wtorek. Zgłosiłem się za namową @Michał i @Marek, którzy wiedzieli, że sam tego nie zrobię. Na izbie przyjęć zdałem relacje z tego co się działo ze mną, począwszy od piątku 21.08 (ostatnie pływanie po którym były 32 h spania i 39,7 gorączki). To wystarczyło żeby natychmiast znalazło się dla mnie łóżko i cały zastęp kroplówek. Pierwsza diagnoza – SALMONELLA (sic!).

Dzisiejsze wyniki badań, przeprowadzonych na wejściu, wykluczyły tę diagnozę. To dobra wiadomość. Słabsza jest taka, że nadal nie wiadomo co mi jest. Co ważne, podawany dożylnie antybiotyk (albo wypoczynek w szpitalnym łóżku) zaczął działać. Czuję się lepiej.
W niedzielę mają mnie wypisać. Mam nadzieję, że do tego czasu nie zwariuję (i dowiem się co mi jest). Zostało raptem #21dni. Powinienem szlifować formę a nie gubić siły i kilogramy na szpitalnym łóżku. Plany swoje, życie swoje. Jak na ironię, sierpień miałem rozplanowany pod linijkę. Dieta, treningi, sen, zajęcia z psychologiem sportowym – wszystko dograne, dopięte i zaplanowane.

A teraz wszystko trafił szlag. Chociaż nie. Nie wszystko. Paradoksalnie dzięki temu co przeszedłem przez ostatnie dwa tygodnie jestem jeszcze bardziej pewien tego, że przepłynę. Ta choroba i wizyta w szpitalu mnie wzmocniły. Może nie fizycznie ale na pewno psychicznie. Zresztą, jak mógłbym się mazgaić kiedy dzieliłem pokój z człowiekiem, którego za miesiąc już z nami nie będzie.
„Przepraszam Pana, że tak jęczę ale mnie boli”
Oby Tobie i mi, nigdy, nie było dane poznać bólu o którym mówił Pan Czarek.

Jak opisać ten czas w jednym zdaniu i przy okazji wyjść na wykształconego młodego prawnika z poczuciem humoru? Ano tak:
Per stercore ad astra

Dzika rzeka, dzień IV: Posmak szampana

Chojraki nadpływają! Słońce przygrzewa, Warta chłodzi, „tojtoj” nie smrodzi. Nastrój rewelacja, szczęścia kumulacja. Żeby uchronić się przed zarzutem bycia niby-Polakiem (zarzut: brak narzekania), ZA DUŻO dookoła donośnego bzykania. Na to jednak wpływ ograniczony mamy. W końcu my – Chojraki – Wartą, a nie Muchami, władamy.

Dobra, Łódź od rymowania ma innego Adama.

Wczoraj pisałem o determinacji w oczach, która zastąpiła uśmiechy. Dzisiaj od rana uśmiechy wróciły. Część z nas obudził donośny komunikat – „Słońce!”. Później było już tylko lepiej.
Silny prąd ułatwiał pływanie, woda w Warcie na progu wrzenia (20 stopni Celsjusza), magiczna bariera 400 przepłyniętych kilometrów pękła, na obiad kurczak z kaszą. Wybornie.
Z tego wszystkiego stwierdziłem, że lecę na swój najlepszy czas. Do tej pory było to 49 minut. Najlepszy czas naszej ekipy wynosił podobno 48 minut. Wpadłem do Warty jak torpeda. Każde pociągnięcie i każde kopnięcie było energiczne. Pilnowałem rytmu ale nie zapomniałem o sile. Nawigacja ograniczona do niezbędnego minimum. Trasę znam już dobrze. Zacząłem rozumieć jak rozkładają się prądy. Starałem się płynąć tak, żeby skorzystać z ich dobrodziejstwa.

„Przyznaje się Pan do szybkiego pływania?”
„Tak Panie Sędzio”
Werdykt – 46 minut.

Na statek wchodził Szeregowy Jeż a schodził Dumny Paw. Szukałem wzrokiem kogoś chętnego na pogawędkę. Nie zapytał nikt o czas…
Nic to. Moim zadaniem było nawiązać a potem sprowadzić rozmowę na właściwe tory. Po mnie płynął Marek Pietraszewki, który wczoraj zmagał się z gorszym samopoczuciem. Wyglądało na to, że się rozłoży. Czekałem na niego na brzegu.

„Jak się pływało? (pytanie otwierające) Jaki czas? (pytanie zasadnicze)”
„Nieźle. 44 minuty. A Twój?”
„Nie ważne.”
Zdrowa zespołowa rywalizacja w pigułce.

O meritum zahaczyłem. Przypadkowa, wydawałoby się, zbieranina ludzi, kończy jako zespół. Każdy z nas włożył dużo serca, wysiłku i odwagi w to by projekt „Wartą dla Chojraków” zakończył się sukcesem. W tym miejscu chciałbym zaznaczyć, że niestety nie wszyscy z nas dopłyną do Poznania.
Wczoraj, jedna z najmłodszych uczestniczek, Wiktoria Kasprzak musiała pojechać do szpitala. To co na początku wydawało się przeziębieniem, okazało się ogólną infekcją organizmu połączoną z arytmią serca wywołaną skrajnym wysiłkiem. Z tego co wiem, wszystko jest teraz pod kontrolą a Wiktoria dochodzi do siebie. Zdrowiej dziewczyno. Teraz myślisz zapewne inaczej ale wykonałaś kawał dobrej roboty.
Już wiemy, że się uda. Jako zespół przetrwaliśmy naprawdę trudne chwile. Widocznie tak musiało być. Jestem zdania, że wyłącznie sukces poprzedzony ciężką pracą i wyrzeczeniami ma posmak szampana. Nawet jeżeli na mecie/szczycie nie wystrzeli żaden korek.
Jutro pęknie rekord i strzelą korki. Będzie PETARDA!

Dzika rzeka, dzień 3 – Wojownicze dziki ninja

Opadł już kurz po wczorajszej bitwie. Walka ze słabościami i lękami trwa jednak w najlepsze. Przed nami ostatnia prosta do ustanowienia długodystansowego rekordu pływackiego… prosta licząca jakieś 120 km.
Wczorajsze wydarzenia, takie jak poważna awaria naszego bazo-namioto-sypialni oraz dramatyczne warunki pogodowe, pozostawiły trwały ślad w głowach pływaków oraz osób zajmujących się zapleczem logistycznym. Wczoraj, wszyscy – bez wyjątku – zdali sobie sprawę z tego czego się podjęliśmy i z jakim ryzykiem się to wiąże. To nie jest przypadek, że nikt na świecie nie przepłynął takiego dystansu (500 km), w tak nielicznym zespole (14 osób – 8 kobiet, 6 mężczyzn) w tak ograniczonym czasie (116 godz.) i tak nieprzewidywalnym akwenie (rzeka). Krótko – powodzenie tego pięknego projektu wisiało wczoraj na bardzo cienkim włosku.

Dzisiaj jest lepiej. Co miało spaść, spadło. Co miało zawiać, zawiało. Co miało nas uświadomić, uświadomiło. Brak deszczu jest dla wszystkich ogromnym zastrzykiem pozytywnej energii. Wspomnienia wczorajszej nocy pozostają jednak żywe. Może to dlatego dzisiaj, pierwsza dwójka pływaków była zmuszona uznać wyższość rzeki. Ich „pływacką rację”, czyli 5 km, musieli dokończyć pływacy następni w kolejce. Oznacza to tyle, że cała reszta ma krótszy czas na regenerację. Na chwilową /oby/ niedyspozycję wpływ mogła mieć znacznie niższa temperatura wody w Warcie. Zimna noc i silne opady spowodowały, że woda ma nie więcej niż 17 stopni Celsjusza, jakieś 3 stopnie mniej niż wczoraj. Warto podkreślić, że wszyscy pływamy bez pianek neoprenowych, które znacznie ułatwiłyby sprawę. Do tego w Warcie pełno jest liści, badyli i… [Uwaga! NowoSłowo!] merty. Merta to taka roślina wodna, glon taki. Jak go dzisiaj rano zobaczyłem to od razu w głowie pojawiły się kreskówkowe odpady radioaktywne. Jestem już duży i wiem jak nikłe były moje szanse na to, że po „kąpieli” zmienię się w Wojowniczego Dzika Ninja… Rozczarowaniem wynikające z faktu,
że nadal nie umiem zrobić salta było jednak całkiem realne. Tak samo jak odczuwane zimno.
Promienne uśmiechy malujące się na naszych twarzach we wtorek i środę zastąpił błysk nieustępliwej determinacji w oczach. Wszyscy mają świadomość, że są częścią czegoś wielkiego. Płyniemy żeby zebrać środki niezbędne do rozbudowy Instytutu Onkologii dla najmłodszych pacjentów. Dzięki naszym trudom i rozgłosowi (TVN24, TVP1), który towarzyszy akcji, zgłaszają się firmy z całej Polski deklarujące chęć wsparcia budowy. Wczoraj na konto stowarzyszenia „Dzieciaki Chojraki”, od jednej firmy trafiło 50 000 zł.

Można?

Nadal wysyłane są również smsy, które w całości przeznaczone zostaną na realizację celu nadrzędnego – budowy miejsca w którym dzieciaki miałyby pełne wsparcie w walce
o to najcenniejsze. Taki sms (treść: CHOJRAKI, numer 72052) to łączny koszt 2,46 zł. Jeżeli jeszcze nie odwiedziliście pomagam.pl/sfad i nie pomogliście w pomaganiu to możecie uzyskać szybkie rozgrzeszenie poprzez wysłanie jeszcze szybszego smsa.
Rekord, który być może uda nam się ustalić to raptem środek a nie cel. Celem jest, była i zawsze będzie pomoc innym.
#pomagajmypokimozemy

***

Dzisiaj w nocy ma być 9 stopni. To znaczy, że temperatura wody w Warcie znowu spadnie. Razem
z smsami ślijcie ciepłe myśli.
Właśnie się dowiedziałem, że trzecia osoba nie była w stanie przepłynąć pełnego dystansu. Na godz. 21 mamy zaplanowanie zebranie pływaków.
Pozdrowienia dla mamy Agaty Winkler (jedna z pływaczek). Cieszę się, że dobrze się Pani to czyta 

Wielkie podziękowania dla:
Aqua-Speed – za sprzęt i umożliwienie mi startu w tej sztafecie
Fit-Meal – za vice-najlepsze jedzenie w życiu (Babcia zawsze #1)
KEENOPersonal Trainers – za srzęt treningowy i przygotowania
VERSITE – za to, że możecie czytać ten wpis.

Dzika rzeka, dzień II: Szeregowy Jeż

Czas: 14:43. Czwartek.

Miejsce: Statek weekend z którego startuje każdy z pływaków uczestniczących w sztafecie Wartą dla Chojraków

Rytmiczny dźwięk ulewy przerywa retro melodyjka Nokii z ubiegłego tysiąclecia. Sternik odbiera telefon.

„Ok, zrozumiałem.” Telefon ląduje w kieszeni.
„Pływakowi przed Tobą zostało 400 metrów, dwie minuty do startu.”

Projektor w mojej głowie wyświetla właśnie otwierające sceny filmu Szeregowiec Ryan. Tom Hanks z ekipą zbliżają się do plaży w Normandii. Amfibie pełne aliantów szybko tną wodę pokonując ostatnie metry Kanału La Manche. Kierunek: francuska plaża (bynajmniej nie Saint Tropez). Za chwilę rozpocznie się desant, który ostatecznie rozstrzygnie losy II wojny światowej. Strach, który wisi w powietrzu za chwilę zmiesza się z setkami nazistowskich pocisków. Niektórzy zwracają na buty swój ostatni posiłek w życiu. Inni odmawiają niemą modlitwę. Opada właz. JEB! JEB! JEB! JEB!

Projekcje przerywa niepozostawiająca pola do dyskusji komenda – „START!”

Ratownik odsuwa płachtę osłaniającą wnętrze statku od ulewy. Odruchowo wskakuję do wody chociaż głowa pełna jest wątpliwości. Specjalnie zostaję chwilę dłużej pod wodą bo wiem, że jak się wynurzę to dorwie mnie ostry i przeszywający wiatr niosący ze sobą ulewę małych pocisków. Wynurzenie. Tafla wody wygląda jakby cały Wermacht dorwał się do CKMów i ładował w Wartę. Omaha Beach = Mechlin Beach. Wybornie.

Dobra, nie ma mazania się. Przyjechałem tu żeby pływać a nie narzekać. Pierwsze ruchy rękoma i już wiem, że zmarznę. Nie chodzi o wodę. Ta jest przyjemna. Nie ciepła, nie zimna – przyjemna. Uczucie zimna powoduje jednak wiatr, który bezlitośnie smaga ramiona jak tylko te opuszczają wodę.

Co chwila trafiam na kolejne niespodzianki w wodzie. Glon, kijek, liść, glon, kijek, liść. Jeszcze niedawno takie spotkanie w otwartej wodzie oznaczało +50 do tętna i chwilowe przerwanie pływania. Teraz jest inaczej. Chcę jak najszybciej dopłynąć do mety. Chcę wejść do kajuty, wytrzeć się, wypić duszkiem gorącą herbatę i wskoczyć pod ciepły koc. Od tego momentu dzieli mnie jakieś 50 długich minut.

Za pierwszy zakrętem czeka na mnie niespodzianka.

Raz. Fala. Dwa.
Tik. Fala. Tak.

Skąd tu fale? Przecież to rzeka. Poza tym jak to możliwe żeby fale szły pod prąd? Było na geografii zadawać te pytania. Teraz trzeba sobie radzić. Sprawa nie jest prosta bo nacierają na mnie zastępy, „krótkich”, nierytmicznych fal. Te bydlaki skutecznie wybijają pływaka z rytmu i uniemożliwiają efektywne i energooszczędne pływanie. One zmuszają do walki i nie przepuszczają słabych.

Szeregowiec Jeż melduje gotowość bojową. Na pohybel skubańcom!

To była bitwa na nierozpoznanym do końca polu. Zwiadowcy działali od wtorku ale nie zdołali poznać wroga na wylot. Było srogo. Przypomniałem sobie treningi na otwartym Bałtyku. Do tego okazało się, że sprzymierzeńcy nie są zaprawieni w boju. Asekurujący mnie ratownik na skuterze wodnym płynął od zawietrznej. Ahhh, nie ma to jak zapach świeżych spalin o trzeciej. Na szczęście wystarczyły dwa wymowne gesty by ten zrozumiał o co chodzi.

Raz. Fala. Dwa.
Tik. Fala. Tak.

Podnoszę głowę. Najpierw kontroluję czy nie zepchnęło mnie za bardzo do któregoś z brzegów. Jestem pośrodku koryta rzeki. Potem patrzę przed siebie. Widzę drugi most. Znaczy meta. Przepływam pod nim i na niebie widzę jakiegoś ptaka. Znowu przypomniał mi się Bałtyk i trening we wzburzonej wodzie w trakcie którego dzielnie towarzyszyła mi mewa. Wtedy czułem się lepiej, że mam towarzysza. Teraz na początku też poczułem się lepiej. Dopóki nie zobaczyłem, że na niebie krąży całe stado ptaków. „Sępy” pomyślałem. „Nie tym razem. Z tej potyczki Szeregowiec Jeż wyszedł zwycięsko.”

Wchodzę na statek. Tam zamiast nagrody czeka na mnie lekarz i obowiązkowe pobranie krwi. Oświadczam, że nic nie oddam. No i że chcę herbatę. Kilka łyków boskiego wywaru i smutne oczy Pani doktor zmiękczyły moje zmarznięte od dawna serce. „Z prawej ręki se Pani pobierze.”

Rytmiczny dźwięk ulewy przerywa retro melodyjka Nokii z ubiegłego tysiąclecia. Sternik odbiera telefon. Zakładam, że pytanie otwierające brzmi w stylu „Jak warunki?”

Odpowiedź pada jakby była przygotowana od samego startu.

„Deszcz, wiatr, fale, k***a Armaggedon.”

Lepiej bym tego nie opisał.

Właśnie się dowiedziałem, że ze względu na warunki skracamy przepływany dystans. Każdy z pływaków pływa po 2,5 km. To oznacza, że każdy z nas do Warty będzie wchodził cztery razy w ciągu doby. Wyśmienicie.

Walczymy!

DZIKA RZEKA, Dzień I: Rzeka, deszcz, monsun… głowa.

Mechlin. Godz. 1:40 w nocy. Dzwoni budzik. Zgodnie z planem do Warty mam wskoczyć o godz. 3 nad ranem. To oznacza, że godzinę wcześniej muszę być już na łodzi i asekurować pływaka przede mną, w razie gdyby ten nie dał rady przepłynąć swoich pięciu kilometrów dzielących Mechlin i Śrem. Odkąd dowiedziałem się, że moja pierwsza zmiana wypada w środku nocy chodziłem jak nakręcony. Przede mną było zupełnie nowe doświadczenie. Raptem kilka razy pływałem do tej pory w rzece. Po ciemku jeszcze nigdy. Na szczęście moim organizmem – czasem – kieruje rozsądny rozsądek. Komunikat z centrum dowodzenia był jasny. Przed Tobą coś nowego. Wypocznij. Naładuj akumulatory. Przygotuj się.

Sen zastał mnie ok. godz. 22, w dużym namiocie, leżącego na nieswoim łóżku polowym, zawiniętego w pożyczony śpiwór, wypsikanego cudzym „OFFem” z otrzymanymi w prezencie zatyczkami w uszach. Trochę po królewsku, ale głównie na krzywy ryj.

Alarm (też nie mój) bezlitośnie wyrwał z trybu „stand-by”. Dopiero kiedy z uszu wyjąłem zatyczki a Stefan wyłączył budzik w swoim telefonie, usłyszałem dźwięk, który wywołał d(r)eszcz grozy. Brzmiało to tak jakby każda z osób zaangażowanych w organizacje sztafety – circa 200 osób – stało przed namiotem z wiadrem wody i w równych, półsekundowych odstępach, oblewali go z taką siłą jakby chcieli żeby woda udowodniła jakim potrafi być żywiołem.

Śpiwór nagle zmienił się w pościel z kaszmiru a polowa prycza w wezyrowe łoże. Nigdzie nie idę. Przecież skoro AŻ TAK pada to chyba przełożą moje pływanie, co nie? A może ponownie przetestuję taktykę z zamierzchłych czasów, kiedy to w wakacyjne niedziele udawałem, że mocno śpię, żeby dziadkowie się zlitowali i nie brali mnie ze sobą na poranną mszę? Tak jak kiedyś, tak i teraz, ten plan wydawał się być doskonały. Tak jak kiedyś, tak i teraz, ten plan przegrywał w konfrontacji z rzeczywistością.

Sam tego chciałeś. Dobrze wiesz, że na drodze, którą wybrałeś, często leje deszcz na zmianę z gradem. a wiatr, za punkt honoru stawia sobie, żeby to wszystko co leci z nieba, z impetem wylądowało na Twojej twarzy. Nikt CI nie kazał wybierać tej drogi. Można było siedzieć z dupą w domu. Wtedy się nie moknie.

Dobra już, dobra. Idę. Po ciemku wskoczyłem w kąpielówki, polar (co najmniej o trzy rozmiary za duży) i klapeczki. Na plecy założyłem plecak z ręcznikiem, dwoma czepkami, okularkami i zatyczkami do uszu w środku. Na to wszystko założyłem czerwony płaszcz kioskowo-przeciwdeszczowy. Jakby ktoś mi wtedy cyknął zdjęcie to postarałbym się je sprzedać UNIMILowi do ich bożononarodzeniowej kampanii marketingowej. Nikt jednak nie robił zdjęć, nikt nie zbijał piątek i nie mówił dla otuchy, że „woda ciepła”. Robisz to dla siebie a nie dla piątek. Pamiętaj o tym!

Pamiętam. Wychodzę z namiotu. Nieśmiało odchylam płachtę materiału, pewny że za chwilę wleją się do środka hektolitry wody a mnie samego powiew monsunowego wiatru zwali z nóg. Instynktownie zamykam oczy i zaciskam zęby. Wychylam głowę i…spokój. No może kilka kropel. Kapuśniaczek taki. Okazało się, że huragan był w głowie a na zewnątrz ledwie kropi.

Oczekiwanie na główną łódź asekurującą umila wściekle słodka kawa popijana z kajakarzami, którzy mają mnie asekurować. Układ jest taki, że do ich kajaku przylepione są na taśmę dwa znicze (serio), jeden z przodu, drugi z tyłu. To będą moje latarnie. Umawiamy się, że będę oddychał na prawo a oni będą płynąć przy prawym brzegu po mojej prawej stronie. Prawilnie.

Przypłynęła łódź. Dzwoni telefon. Pływak startujący przede mną dopłynął do drugiego mostu. Dwie minuty do startu.

Słyszę tę informację mimo, że to nie do mnie dzwonią. Stoję w dolnej kajucie gdzie jest najcieplej. Do dotychczasowego stroju w postaci kąpielówek, polaru i klapek doszły dwa czepki, okularki no i niezastąpione zatyczki do uszu.

„Pływak gotowy?” Pytanie dociera do mnie jak przez ścianę.

„Trudno być bardziej gotowym.” – wyrywa mi się z ust odpowiedź prosto z jakiejś amerykańskiej szmiry. Brakowało tylko flagi powiewającej w tle i orła szybującego nad głową.

Do wody!

Mądra sentencja radzi by nie mówić „hop” gdy się przeskoczy, lecz wtedy gdy człowiek zorientuje się w czym wylądował. Ja wylądowałem w zaskakująco przyjemnej wodzie. Hop.

Ku mojemu zaskoczeniu znicze były dobrze widoczne. Na początku trasy „przykleiłem się” do asekurującego mnie kajaku. „Nie płyń tak blisko bo nie mamy jak wiosłować.” Dobra, nie jestem z tych co się narzucają. Po chwili płynąłem już dobre 5-7 metrów od kajaku.

Cisza, spokój i rytmiczne ruchy. Raz-Dwa. Raz-Dwa. Tik-Tak. Tik-Tak. Medytacja, trans, flow – wszystkie te słowa pasują a jednocześnie tylko częściowo oddają to co przeżyłem tej nocy w wodzie. Moje myśli płynęły obok, spokojnie ale w różnych kierunkach. Przed oczami stanęły mi dziesiątki osób. Z każdą kolejną rosło poczucie wdzięczności, że były, są a być może będą częścią mojego życia. Z rytmu nie wybił mnie fakt, że w pewnym momencie zgasły znicze. Wtedy nie wiedziałem, że zalał je deszcz. Zorientowałem się, że pada dopiero gdy jeden z kajakarzy by umożliwić mi i sobie nawigacje zapalił czołówkę. W wątłym promieniu światła wyraźnie widziałem przysadziste i gęsto przylegające do siebie krople deszczu.

Ciekawa obserwacja. Po wskoczeniu do wody, mimo otaczającej mnie ciemności, ani przez chwilę nie czułem się nieswojo. Może i jestem tu gościem ale na pewno nie intruzem…

Właśnie podpłynęła łódka. Drugie pływanie miałem zacząć o 16:30 ale mamy dobre tempo i jesteśmy jakieś półtorej godziny przed grafikiem. Ciekawe jak będzie tym razem. Nadal nie mogę się doczekać wskoczenia do wody.

„Pływak gotowy?”

Dlaczego?

#pomagambomoge

Prosta odpowiedź na pytanie „Dlaczego?”. Dlaczego porzuciłem świetnie zapowiadającą się karierę w renomowanej korporacji? Dlaczego wszystko co mam – czas, pieniądze, serce i potencjał – inwestuję w coś co z założenia nie przyniesie mi zysku? W jakim celu umyślnie poświęciłem to kim byłem by stać się tym kim jestem teraz? Po co lecę na drugi koniec świata by zmarznąć w zimnych wodach oceanu?

Bo w ten sposób jestem w stanie pomóc.

Pomóc rodzinom, które tej pomocy potrzebują. Takim jak rodzina Adasia z Ozorkowa. Kiedy odwiedziłem ich w Ozorkowie zrozumiałem, że nie wszyscy spotykają nieszczęścia chodzące parami. Niektórzy na swojej drodze trafiają na nie w hordach. Bo jak inaczej opisać historię, której dwoma głównymi wątkami jest choroba nowotworowa najpierw u dziecka a potem u wychowującej go w pojedynkę matki? Mimo pędu w jakim żyjemy obok takich historii nie powinno się przechodzi niewzruszonym.
Pomóc tym, którzy mają w sobie potencjał i są gotowi uwierzyć, że mogą pokazać go światu. Dzięki Swim For a Dream zrozumiałem, że nasz głęboko skryty potencjał, na światło dzienne wydobywają inni – rodzina, przyjaciele, mentorzy, nauczyciele, czy nawet zupełnie obcy ludzie. Niektórzy z nich robią to dzięki swojej wiedzy. Inni robią to poprzez przykład, który dają każdego dnia. Jeszcze inni przez bezwarunkową miłość i wsparcie. Czasem wystarczy nawet kilka słów otuchy. Do nas – do mnie i do Ciebie – należy wyłącznie praca. Praca, która jest ciężka ale tego warta.

Pomóc sobie, mimo, że od losu dostałem tak wiele. Mam rodzinę, która obdarzyła mnie mądrą miłością. Mam trochę oleju w głowie, ambicję, zdrowie i energię by pracować nad sobą zmieniając w ten sposób otaczającą mnie rzeczywistość. Mam wyobraźnię dzięki której potrafię marzyć. Czasem mam również odwagę by te marzenia realizować…

Przepłynięcie wpław ponad 20 km z Helu do Gdyni wypłukało mnie ze wszystkiego co miałem. Dało mi również wszystko co mam teraz. Zarówno wtedy jak i dziś, wierzę, że dostałem od życia to czego potrzebuję. Nie znaczy to, że wszystko czego dostaję chcę. Z czasem rozumiem jednak, że właśnie tego było mi trzeba. By coś przemyśleć, by spojrzeć na coś z innej perspektywy, by coś zmienić.

Splot bardzo wielu wydarzeń i doświadczeń spowodował, że poczułem potrzebę zmiany. Potrzebę dania czegoś od siebie. Przede wszystkim chciałem w ten sposób wyrazić swoją wdzięczność. Za życie, za dziadka i innych ludzi, których spotkałem na swojej drodze, za zdrowie, za potencjał.

To uczucie wdzięczność w głównej mierze przyczyniło się do tego, że powstało Swim For a Dream, które radykalnie wszystko zmieniło. Zmiana to w zasadzie dosyć prosta sprawa… Nie znaczy to jednak, że jest łatwa. By coś zmienić potrzebne jest skupienie, praca, determinacja i dystans do siebie. Dystans, który pozwala spojrzeć na siebie (tego tu i teraz) i dostrzec zarówno to co już dobre jak i to co można poprawić. Potrzebna jest również wiara w dwie rzeczy – w to, że można i w to, że warto.

Ja wierzę. Widzę w tym głęboki głęboki sens i dlatego jestem gotów poświęcić wszystko. Dla siebie i dla innych. Robię to bo mogę. Kropka.

Profesor cykor i góra Górz

W grudniu 2015 r. po raz pierwszy chodziłem po górach. Krupówki i Gubałówka się nie liczą. Pojechałem z przyjacielem i przyjacielem przyjaciela. Obaj się wspinają. Obaj kochają góry. Czyli Proporcje rozsądne, dwóch pasjonatów na jednego świeżaka. Teraz już wiem, że pierwsza wyprawa w Tatry Wysokie zimą to skok na głęboką wodę. Kiedy niczym Trzej Królowie zmierzaliśmy do Betlejemki* nie zdawałem sobie sprawy na co się porywam (nie pierwszy raz zresztą).

* Betlejemka = nasze przytulne, mroźno-gorące, górskie schronienie

Dzięki pomocy moich kompanów byłem profesjonalnie zapożyczono-wyposażony (tylko buty – nówki sztuki – miałem swoje). Ale ale. Mieć to jedno a umieć się tym posługiwać, to drugie. Nie sądziłem, że jeszcze przed 30stką ktoś będzie mi pomagał się ubierać. Początkową niezdarność nadrabiałem jednak głodem wiedzy i nowych doświadczeń. Szukałem emocji i przeżyć to je znalazłem. Razem z Dżonym weszliśmy na Kościelec (2155m). Krótki wywiad na szczycie z Profesorem Cykorem jest do obejrzenia na fan page’u Swim For a Dream. Dlaczego z Prof. Cykorem? Na filmie przez gogle nie widać ale flitrtowałęm wtedy z paniką. Co prawda najgorsze było już za nami. Pokonaliśmy bowiem najbardziej oblodzony i nieprzyjazny odcinek. Jednak silny wiatr i ogromna, wręcz paraliżująca przestrzeń, nie dawała spokoju.

Wtedy jak nigdy zrozumiałem, że nie ma co myśleć o następnych krokach. Trzeba się skupić na tym kolejnym. Tym następnym. To on jest kluczowy. Jeżeli nie wyjdzie to kolejnych kroków może zwyczajnie nie być. Chcąc nie chcąc w takiej chwili żyje się wyłącznie teraźniejszością. Nie wybiegasz w przyszłość i nie marnujesz uwagi na przeszłość. Jest tu i teraz. W niektórych światopoglądach to recepta na szczęście. Obawę na górze zrównoważyło uczucie na dole. Zmęczenie pomieszane z satysfkacją i dumą to wyborna mieszanka. Poprawiona ciepłą strawą stanowi komplet. Siedząc tego wieczoru w schronisku Murowaniec, pochłonięty negocjacjami nad planszą Eurobiznesu i wspominający doświadczenie na szczycie nie miałem wątpliwości… Trzej Królowie wrócą w Góry.

1 2