Załadunek...

Autor: sfad

Dzień Sportu

 

Dobre wydarzenia to takie, które
rodzą się w jednej głowie,
wiele dłoni macza w nich palce,
by jeszcze więcej serc zabiło jednym rytmie.

Taki był Dzień Sportu. Do takich wspomnień, do takich chwil
wzdycha się
póki dycha się.

Wybiegaliśmy 248 pełnych kilometrów i ponad 800 metrów. Uśmiechy towarzyszyły od startu do mety. Był pot. Chwilami kręciły się łzy. Szczęśliwe obyło się bez krwi.

I tyle pięknych ludzi dobiło z nami do Portu. Fajnie było Was zobaczyć, zbić piątkę, czasem pogadać, poklaskać. Być razem i robić coś wspólnie w dobrym celu.

Dla mnie to było fantastyczne doświadczenie. Pod każdym względem. Jasne, że masa pracy ale takiej, która od początku do końca przynosiła frajdę.
Mogło by się wydawać, że mając ze sobą doświadczenie z organizacji Dnia Marzyciela, Dzień Sportu będzie prosty. Cóż, na odpowiednim poziomie dbałości o szczegóły nic nie jest proste. Dałem z siebie ile mogłem. Taki zwyczaj. Efekty są źródłem sporej satysfakcji, a co dla mnie znacznie ważniejsze, Dzień Sportu to doświadczenie z którego płynie wiele lekcji a tym samym umożliwia stania się jeszcze lepszym w tym co kocha się robić.

Cieszę się, że unikam potknięć z przeszłości. Przykład? Tym razem wszyscy dostawali pamiątkowe foty. Prosto z drukarki, do rąk własnych.

Oczywiście nowe potknięcia były, a jakże. Tym razem energia, która unosiła się w powietrzu była tak wielka, że elektryka Portu nie udźwignęła tego. Zapamiętać, zapobiegać i dalej naprzód w obranym kierunku. Tak ja to widzę i tak właśnie robię.

Jest wiele osób dzięki, którym ten dzień był wyjątkowy.
Pierwszym, który usłyszał pomysł i powiedział „Dobre. Robimy.” Był Bartek Wojdak. Na pokładzie od jakiegoś czasu jest Ola Połubiak która panuje nad wszelkimi sytuacjami, a im goręcej się robi tym chlodaiejsza krew płynie w jej żyłach. Dziękuję Olu.

Aga Kucharska, tym razem bardziej duchem niż ciałem bo to musiało ogarnąć targi EXPO na łódzkim maratonie. Kosztowało to mnóstwo sił i było nie lada wyzwaniem z którym sobie świetnie poradziła. Aga, Ty przecież wiesz. W domu zdarza mi się słodzić – wystarczy 😉

Wolontariusze, ludzie którzy są absolutnym fundamentem każdego dużego wydarzenia. To od ich nastawienia i ich energii zależy co uczestnik zapamięta z kilku wspólnych chwil. Po raz kolejni, właśnie Ci niesamowici ludzie, wolontariusze, stanęli na wysokości zadania. Było kilka sprawdzonych weteranów (pozdrowienia dla niesamowitej rodzinki Haładynów) jak i zupełnie nowe twarze jak Klaudia, Paulina i niezastąpiony Pan Tadeusz.

Była reprezentacja Potężnych Dzików w osobach wojowniczki Aleksandry Kawęckiej i wielkiego Dawida Mikosia.

Byli przyjaciele ze szkolnych ław tacy jak Wojtek i Paweł.
Byli ludzie z dawnych czasów i niezapomnianych chwil, tacy jak Krzysztof Jankowski i Michał Kędzierski. Była korpo rodzina z głowami – Łukasz Koprowski i Michał Malski oraz Matkami, Żonami I Perełkami, czyli Małgorzata Jakubowska i Marta Malska z dzieciakami. I to jakimi, Magda Jakubowska chwilę przed swoim testem Coopera zdominowała Kids Run w swojej kategorii wiekowej. Ta gwiazda dobiegnie wysoko na nieboskłon.
A żeby się tam dostać. Do gwiazd to znaczy,
trzeba wybrać drogę, którą trud znaczy.

Była Ania Kurnatowska z synem Krystianem z naprzeciwka.
Byli ciekawi sami i świata ciekawi Kira Miler i Dominik Stanek.
Dziennikarzy i jutuberzy też się przewijali i swoje wybiegali (Krzysztof Ostanówko i Jakub Boczek)
Był Magik Mikrofonu i Wodzirej Pierwsza Klasa czyli Jakub Michalski.
Mało brakło a pojawiłby się sam Kapitan Tsubasa?
Tsubasa-Kiełbasa. A strawa jaka była?
Była szama dla wszystkich, a część co nieco wypiła (dzięki Fit Meal Catering i Supherfarm)!

No naprawdę dobrze było. A będzie jeszcze lepiej.

Tego się trzymamy i do tego dążymy!

jerzyk

P.S. Bardzo jestem ciekaw co Wam zapadło w pamięć. Z jakim obrazkiem w głowie będziecie kojarzyć Dzień Sportu, czyli dzień w którym prawdziwe dziki pobiegły dla Potężnych Dzików.

Co teraz?

Pisanie zajmuje sporo czasu..

Wielokrotne poprawki, szukanie najwłaściwszych słów i próba łączenia ich w szczwany sposób. Moje teksty, jak wszystko inne w co się angażuje, musi być dopracowane. „W porządku” nie jest w porządku. Dobre pisanie to pracochłonne zajęcie. Dobre niekoniecznie jednak znaczy dopieszczone i wygładzone. Czasem to „dobre” kryje się w spontaniczności, emocjach i braku autokorekty. 

Taki właśnie będzie mój dzisiejszy tekst o pływaniu. Obawiam się bowiem, że gdybym zagłębił się w moją relację z wodą to i tydzień by mi nie wystarczył. Tekst byłby na bank przekombinowany i przefiltrowany. Innymi słowy rozcieńczony. A ja wolę, jak jest samo gęste.

„Pływasz jeszcze? Będą jeszcze jakieś wyzwania?” Zazwyczaj unikam odpowiedzi na te pytania, bo to bardziej złożony temat. Dzisiaj postaram się jednak na nie odpowiedzieć. 

Prawda jest taka, że od Mazur bardzo ograniczyłem pływanie. Zdarzały się poszczególne okazje, ale nie było to już regularne. Potrzebowałem przerwy. Mazury bardzo dużo mnie kosztowały. Woda zaczęła mi się kojarzyć z obozem pracy, a nie innym światem, w którym – przestrzegając pewnych reguł – możesz poczuć, że latasz. Przygotowania do tych 40 km wpław niemalże zabiły frajdę jaką kilka lat wcześniej znalazłem w wodzie. Jednocześnie efekt charytatywny tamtego pływania był absolutnie nieadekwatny do pracy, która włożyłem w to, żeby „machnąć” Mazury #podprąd. Na dodatek, dotarłszy do mety nie odczułem już takiej euforii jak w Gdyni czy San Francisco. Zacząłem zadawać pytanie „Czy było warto?”. 

Z czasem ją znalazłem i zrozumiałem, że trasa Giżycko-Mikołajki to nie był ostatni rozdział moich indywidualnych wyzwań. 

Co jednak ważniejsze, przy okazji tych poszukiwań, dotarło do mnie jak wiele błędów robiłem dotychczas. Szczególnie w zakresie przygotowań, mojego nastawienia i rzeczy takich jak dieta oraz suplementacja. Mówiąc w skrócie – szedłem na wyniszczenie samego siebie. Nie dbałem o dietę, o dobre samopoczucie o regenerację. Nie dbałem o siebie. Nie, ja chciałem się zajechać. Cóż, uważaj czego sobie życzysz. Ja dostałem dokładnie to na co pracowałem. Zajechałem się…

… a to żadna sztuka. Nie ma nic nobilitującego w zajechaniu się. Nie dają za to medali. Prawdziwą sztuką jest bycie efektywnym, czyli osiąganie optymalnej relacji między realizowanymi celami, a wkładaną w to (możliwie niewielką) pracą. Od jakiegoś czasu, mam absolutną obsesję na punkcie efektywności moich działań. W dążeniu do niej zrozumiałem, że najpierw trzeba wiedzieć co jest ważne, a co tylko ważne udaje. To pierwszy krok. Drugim jest zrozumienie, że na osiągane efekty dużo większy wpływ niż to CO robisz, jest JAK to robisz. Żeby za daleko nie odpłynąć posłużę się pływackim przykładem. Możesz zrobić trening, na którym przepłyniesz 10 kilometrów i będzie to dla Ciebie znacznie mniej wartościowy trening niż ten, na którym przepłynąłeś raptem 10 basenów. Jakość ponad ilość. Różnicę robi to na czym się skupiałeś. Czy myśli uciekały z wody czy raczej byłeś „tu i teraz”, skupiając się na każdym ruchu, będąc świadomym swojego ciała? W moim odczuciu, położenie nacisku na to JAK robisz, a nie CO robisz ma pozytywny wpływ na każdą dziedzinę życia – od relacji międzyludzkich, przez sport po karierę zawodową.

Ta świadomość na nowo rozpaliła moją fascynację wodą. W środowisku wodnym to JAK coś robisz ma jeszcze większe znaczenie niż na lądzie. Woda jest ok 800 razy bardziej gęsta od powietrza. Tutaj każdy błąd, każdy niepotrzebny ruch, kosztuje nas więcej energii. Zacząłem czytać o hydrodynamice. Zacząłem doszkalać się z metodologii uczenia pływania – część z tej wiedzy przyswoiłem, część – uznając za niewłaściwą – odrzuciłem. Wszystko to, czego przez ostatnie lata nauczyłem się o pływaniu, zacząłem dokładnie analizować i rozkładać na czynniki pierwsze. Pozbyłem się rzeczy niepotrzebnych, a to co zostało złożyłem na nowo w całość. Zacząłem dzięki temu przekazywać innym moją widzę. Obecnie trwa druga edycja kursu Szkoły Efektywnego Kraula na która składa się 8 godzinnych zajęć. Trudno mi opisać frajdę jaką sprawia mi dzielenie się wiedzą. Widząc progres z lekcji na lekcje utwierdzam się w przekonaniu, że moje nowe podejście do pływania ma sens, trafia do innych i sprawdza się w praktyce.

No właśnie, praktyka, nadszedł na nią czas. Dzisiaj biorę udział w Otyliadzie. Jeszcze rok temu moim celem było przepłynięcie x km, gdzie x było tym lepsze im większe. Tym razem jest inaczej. Moim celem jest przepłynąć dystans jak najbardziej efektywnie. Co to znaczy dokładnie? Planuję utrzymać średnią 25 ruchów rękoma na 50 m basen. Innymi słowy płynąc tak, by jeden ruch ręką oznaczał przepłynięcie 2 metrów. To już dosyć przyzwoity wynik. Z ciekawości jak sami pójdziecie na basen policzcie sobie, ile ruchów rękoma musicie wykonać, żeby przepłynąć jeden basen. Jak długo będę dzisiaj płynął? Tak długo jak będzie mi to sprawiać frajdę.

jerzyk

PRZEŚWIETLENIE OLKOWICZA: W SZKOLE GORTATA DZIKI IDĄ DROGĄ POLSKIEGO MŁOTA

„Prześwietlenie” to cykl spotkań Łukasza Olkowicza z postaciami związanymi ze sportem, reportaże, wywiady, sylwetki. W kolejnej jego odsłonie dziennikarz „PS” próbuje wyjaśnić, po co Marcin Gortat założył własne szkoły, dlaczego chce być dla uczniów jak starszy brat, czy doczeka się utytułowanych wychowanków.

SZLAKIEM MAZURSKIM WPŁAW. ZROBIŁ TO W SZCZYTNYM CELU

Po prawie 17 godzinach w wodzie dobił do brzegu. Adam Jerzykowski wpław przepłynął znaczną część szlaku mazurskiego z Giżycka do Mikołajek, pokonując prawie 40 km. „Spełniłem swoje marzenia” – mówił na brzegu.

Rozdzial II – Rumble in the Jungle

„Rumble in the Jungle”
Wyobraź sobie, że jesteś na pięknej słonecznej polanie. Leżysz na cudownie miękkim kocu. Twoja głowa wolna jest od trosk a ciało skąpane w promieniach letniego słońca. Wszystkie troski i niepokoje odleciały wraz z przyjemnie orzeźwiającym podmuchem wiatru. To co było wczoraj i to co będzie jutro nie istnieje. Jest tu i teraz. Jest pięknie

– A teraz otwórz oczy. – Spokojny głos Oli Mac, psychologa sportowego, przywołuje mnie do rzeczywistości.

Wraz z ruchem powiek przenoszę się z idyllicznej polany do gabinetu w którym od jakiegoś czasu pracujemy nad tym, żeby, w czasie próby, głowa była moim największym sprzymierzeńcem.

– Powtarzaj to ćwiczenie codziennie. To kluczowe żebyś się rozluźnił. Szczególnie zwarzywszy na Twoje ostatnie perypetie. – po tych słowach myślami wracam do miejsca do którego mam nadzieję nie wrócić prędko ciałem. – Aha, no i powodzenia na jutrzejszej konferencji. Pamiętaj, ciesz się chwilą na którą tak ciężko pracowałeś. No i nie przejmuj się zbytnio uwagami mojego ojca do Twojego wystąpienia. Przez lata był redaktorem naczelnym Dziennika Łódzkiego i od zawsze był bardzo wymagający.
Poniedziałek 7 sierpnia, dzień po wyjściu ze szpitala

===

Wtorek 8 sierpnia

Kamienica w samym sercu Bałut. Jedyną drogą wiodącą na szczyt są schody. Zazwyczaj wbiegam na górę. Tym razem, żeby dotrzeć do swojej oazy muszę włożyć więcej wysiłku.

Zastrzyk pozytywnej energii, którą dostałem podczas konferencji prasowej od bliskich i ważnych ludzi, nie jest w stanie zrekompensować braku snu i osłabienia wynikającego ze stanu zdrowia w ostatnich dwóch tygodniach. Na auto pilocie wchodzę do mieszkania. W przedpokoju zostawiam flagę, którą dostałem od Prezydenta Łodzi. Garnitur wraz z resztą ekwipunku ląduje na podłodze a moje truchło ląduje w łóżku. Sen. Potrzebuję snu, potrzebuję wypoczynku.

Tuż przed zaśnięciem myślę jeszcze o tym jakim paradoksem jest fakt, że deklaruję zmierzenie się z dystansem 37 km wpław za niecałe trzy tygodnie, a na prośbę dziennikarzy o wskoczenie na chwilę do basenu odpowiadam, że „Nakłucie od welfonu się jeszcze nie zagoiło. Poza tym, lekarz odradza”


Odpływając w nicość przez głowę przechodzi jeszcze myśl, że „ale będzie historia jak przepłynę”. Kurtyna opada. Sen jest krótki i niespecjalnie regenerujący. Jednakże tuż po przebudzeniu wiem dokładnie co powinienem zrobić.

Jadę do sanatorium! Własnego, prywatnego sanatorium, położonego w środku lasu czyli działki w Sokolnikach, należącej do moich rodziców. Jeżeli tam nie uda mi się odzyskać sił, spokoju i poczucia równowagi to nigdzie mi się to nie uda.

Cały niezbędny mandżur mieści się w dwóch torbach. Jedna z ciuchami i sprzętem sportowym, druga wypełniona jedzeniem. Do Sokolnik jadę ze świadomością, że sierpień nie będzie wyglądał tak jak planowałem. Nie zdołam już robić intensywnych treningów – ani w wodzie ani na lądzie. To co mogę zrobić i to co muszę zrobić żeby mieć szansę przepłynąć te cholerne Mazury to:

1. Wypocząć.
2. Ściśle pilnować diety rozpisanej przez Ewelinę Krajewską z Evel-Diet (de facto pierwszy raz w życiu miałem zamiar tak bardzo pilnować „michy”)
3. Rozluźniać ciało poprzez rozciąganie i rolowanie oraz przygotowywać głowę poprzez ćwiczenie technik relaksacyjnych i czytanie.

Tyle i tylko tyle. Nic innego mnie nie obchodzi.

Kolejne dni są podobne do siebie. Budzę się w małym drewnianym domku po głębokim i regenerującym śnie. Budzi mnie śpiew ptaków. Po śniadaniu, melduję się na hamaku z książką. Na kolejne posiłki chodzę do Domku Pod Brzozą gdzie Pani Ula przygotowuje dla mnie posiłki zgodne z rozpiską Eweliny („Adaś, Ty się nic nie przejmuj, ja Cię tu wykarmię”). Wieczorami, przy dźwiękach winyli z przepastnej kolekcji Taty poświęcam od 2 do 3 h na rozluźnienie ciała. Czasem spaceruję bez celu, by zaraz potem uciąć drzemkę bez nastawiania budzika. Nieustannie szukam wewnętrznego spokoju wsłuchując się w to co podpowiada i czego domaga się organizm. Cieszę się tymi chwilami co nie jest dla mnie wcale takie oczywiste.

Niejednokrotnie, kiedy miałem okazję wypocząć, karciłem się w myślach za to, że marnuję tak cenny czas. Tym razem mam świadomość, że to jest dokładnie to co muszę zrobić i jednocześnie staram się nie dopuszczać do siebie myśi, że w zasadzie, jest to jedyne co mogę zrobić. Chociaż… nie do końca. Mogę jeszcze pisać. W środę 9 sierpnia na fan pejdżu Fundacji popełniłem tekst, który idealnie oddaje to co działo się w mojej głowie. Co więcej, ten tekst nie stracił na aktualności:

Niezwykle łatwo zatracić się w codziennym biegu. Gonitwie, którą świat stara się na nas wymusić i którą – część z nas – wymusza na sobie. Cieszyłem się z tego, że motywację do stawiania kolejnych kroków czerpię z wewnątrz. Założyłem, że dzięki temu, póki tli się we mnie życie, będzie również palił się ogień. Obserwowałem jak do tego ognia dolewane są coraz to większe dawki ambicji. Płomień buchał, silnik pracował na najwyższych obrotach, efekty działań pojawiały się grupami. Gaz do podłogi i cała naprzód!

Nie oglądałem się na innych. Robiłem rzeczy, które czułem, że powinienem zrobić i robiłem je we własnym tempie. Starałem się być tak produktywny jak to tylko możliwe. Nieustannie goniłem za uciekającym czasem. Tik,tak – to co by tu teraz zrobić? Tik, tak – odpoczywają lenie. Tik, tak – to jeszcze można dopracować a nad tym trzeba będzie popracować. Tik, tak, Tik, tak

Tak, tak, tak to Pan dewiat
a to jest jego świat…

To nie mogło trwać wiecznie. Ogień potrzebuje tlenu a człowiek oddechu.
(…)


Przy okazji jednej z wizyt w Domku Pod Brzozą mam okazję dłużej porozmawiać z Panem Markiem, właścicielem najlepszej knajpy w „Soko”. Gadamy o życiu, chociaż w gruncie rzeczy to Pan Marek mówi. Dowiaduję się o tym jak robił dobre pieniądze na uprawie pieczarek, czym handlował w Jugosławii, i dlaczego rzucił pracę za barem w łódzkiej pijalce piwa, która sprawiała mu tyle frajdy. Lubię słuchać ludzi i ich historii. W pewnym momencie Pan Marek uznaje pewnie, że za dużo mówi i chcąc usłyszeć coś ode mnie wistuje tak:

– Ula powiedziała mi, że w tym roku znowu gdzieś płyniesz. To pływanie chyba robi się coraz bardziej popularne bo dzisiaj w samochodzie słyszałem na „Trójce” materiał o jakimś wariacie, który chce przepłynąć Mazury. On tam ma chyba jakieś 30 km do przepłynięcia…”

– „37 kilometrów” = poprawiam Pana Marka „Właśnie rozmawia Pan z tym wariatem”

– Pojebało Cię ale trzymam kciuki. – kwituje Pan Marek.

– Dzięki. Jak to mówi moja Babcia, wciskając mi garść Rutinoscorbinów, „Jak nie pomoże to przynajmniej nie zaszkodzi”.

Nie do końca podzielam przekonanie mojej Babci o zbawiennym działaniu Rutinsocorbinu. Wiem, natomiast, że dla mnie zbawieniem okazały się Sokolniki. Na przełomie lipca i sierpnia dostałem cios po którym wylądowałem na deskach. Słyszałem odliczanie. W Sokolnikach udało mi się stanąć na nogach i ponownie podnieść gardę. Niebawem zabrzmi gong wzywający do decydującej rundy.

Jestem gotowy. Na tyle na ile mogę.

Jestem gotowy.

 

 

 

Rozdział I – Szpital na Tałtach

Każda historia ma gdzieś swój początek i swój koniec. Jest w niej bohater, potwór z którym trzeba się zmierzyć i droga na końcu której czeka nagroda. Historia, którą Ci opowiem zaczyna się w tym samym miejscu w którym się kończy – na jeziorze Tałty. W piątek, 21 lipca, przepłynąłem w nim 10 km. Nie wiedziałem wtedy, że będzie to mój ostatni poważny trening pływacki przed największym wyzwaniem tego roku i – być może – całego życia; pokonaniu wpław jezior i kanałów dzielących Giżycko i Mikołajki.

Warunki były mizerne. Pochmurno, zimno, odczuwalne i nieprzychylne prądy. Wskakując do wody nie byłem w najlepszym nastroju. Z każdym przepłyniętym kilometrem czułem się jednak lepiej. Doszło do tego, że ostatni kilometr płynąłem co jakiś czas włączając „turbo”. Oczami wyobraźni widziałem jak dopływam do Mikołajek, widzę rodzinę, przyjaciół i unoszę ręce w geście zwycięstwa. Następnego dnia planowaliśmy z Michałem Langierowiczem (jedna z głównych postaci tej historii – warto zapamiętać człowieka) najdłuższy trening tegorocznych przygotowań. Zamierzałem, jako trening, przepłynąć 20 km. Organizm miał jednak inne plany.

Zdążyłem wziąć ciepły prysznic. Padłem na łóżko i przespałem kolejne 32 z 36 godzin. W nocy z soboty na niedzielę obudziły mnie dreszcze. Wstałem żeby zrobić sobie aspirynę. Trząsłem się tak, że brzęczenie łyżki odbijającej się od szklanki, którą trzymałem w ręku obudziło Michała. Na tym etapie obaj wiedzieliśmy, że sytuacja jest poważna. Później dowiedziałem się, że jak zasnąłem, Michał szukał 24h godzinnej opieki ambulatoryjnej na wypadek pogorszenia mojego stanu.

W niedzielę podjęliśmy decyzję, że wracam do Łodzi by doprowadzić organizm do stanu używalności. Większość drogi powrotnej przespałem. Kiedy wszedłem do domu poczułem się jakby odrobinę lepiej. Mimo to zdecydowałem się „odkurzyć” termometr. Po kilku minutach rtęć pokazała 39,7 stopni Celsjusza.
Następnego dnia udało się zbić gorączkę do niepokojących – ale nie przerażających – wartości. Nadal męczyły mnie jednak problemy z układem pokarmowym, które zaczęły się w sobotę. Poszedłem do lekarza. Ten spojrzał w kartę, spojrzał w oczy, zważył, zmierzył i powiedział, że mam kupić Smectę, elektrolity i dużo pić. „Super” – pomyślałem – „Dwa-trzy dni i powstanę niczym jerzyk z popiołów”.

Kolejne dni nie przynosiły jednak poprawy. Czując presję czasu („został Ci miesiąc!”) zrobiłem jeszcze trzy treningi w dniach 30 i 31 lipca. Nie czułem się na siłach żeby wskoczyć do wody ale robiłem co mogłem żeby kontynuować przygotowania. Specjalnie nie chwaliłem się moim stanem. O tym, że dzieje się coś naprawdę niepokojącego wiedzieli chyba wyłącznie Rodzice, Michał i Marek. Wiedzieli ale nie znali szczegółów.

We wtorek, 1 sierpnia, dwóm ostatnim powiedziałem dokładnie jak wygląda sytuacja. Obaj wyrazili się jasno – „Jeżeli nie pójdziesz do szpitala, całe przygotowania pójdą na marne”. Wtedy to do mnie dotarło. Pojechałem do domu, spakowałem się i mimo zakodowanej w genach niechęci do służby zdrowia zgłosiłem na Oddział Chorób Zakaźnych w Szpitalu im. Biegańskiego. Na Izbie Przyjęć opowiedziałem jak wyglądały ostatnie dwa tygodnie. Chwilę potem byłem już w gabinecie lekarza dyżurnego – „Wygląda mi to na salmonellę. Zostaje Pan z nami”. Cholera.

Trafiłem do czystej i schludnej dwuosobowej sali. Dzieliłem ją z Panem Andrzejem, którego prawdopodobnie nie ma już z nami. Zrobiono mi badania, podłączono kroplówkę i zapodano kleik. Z nieba bezlitośnie lał się żar, który doskwierał wszystkim, niezależnie od tego czy byli pacjentami czy pracownikami szpitala.
Wieczorem na obchodzie podeszła pielęgniarka z trzema kroplówkami.
– „Co teraz będę pił?” spytałem.
– „Antybiotyk” usłyszałem w odpowiedzi.
Daruję Ci rozmowę jaką przeprowadziłem z pielęgniarka gdyż istotny jest jej finał – odmówiłem przyjęcia leku. Pół godziny później w sali pojawiła się Pani doktor.

– „Dlaczego odmówił Pan przyjęcia antybiotyku?”
– „Bo za trzy tygodnie mam przepłynąć wpław bardzo dużo kilometrów i nie wezmę nic co może mnie osłabić, tym bardziej, że nie wiadomo jeszcze co mi jest bo wyniki miały być dopiero za dwa dni.”

– „Ale ten antybiotyk działa na zdecydowaną większość podobnych przypadków”.

Ostatecznie się zgodziłem. W końcu zgłosiłem się do szpitala żeby dojść do siebie a nie żeby delektować się „specjalnością zakładu” czyli bezsmakowym kleikiem.
W szpitalu spędziłem sześć dni. Był to czas w którym przede wszystkim nie dopuszczałem do siebie myśli, że Mazury #podprad są jakkolwiek zagrożone. Oczywiście wiedziałem, że u bukmacherów kurs na sukces spadł. U niektórych być może nawet drastycznie. Ale nie u mnie. Byłem przekonany, że mimo wszystko – popłynę.


Nie użalałem się nad sobą. Zresztą jak mógłbym to robić skoro człowiek obok mnie był na krańcu swojej drogi. Na tym etapie obawiałem się jednego – dopuszczenia do siebie myśli, które mogłyby osłabić mnie psychicznie. Sądzę, że to głównie z tego powodu szukałem ucieczki.
Na przestrzeni sześciu dni, dwa razy, bez zgody personelu, opuściłem teren szpitala. Dwukrotnie udałem się do domu by choć przez chwilę być u siebie. Niestety, za każdym razem moje nieobecności zostały wychwycone przez personel szpitala (duh!). Za pierwszym razem przez telefon usłyszałem tylko stanowcze „Gdzie Pan się podziewa?”. Za drugim razem komunikat brzmiał „Jak za 5 minut nie będzie Pana na Sali to dzwonimy na Policję”. Na terenie szpitala byłem po upływie kwadransu. Żaden policjant nie czekał przy moim łóżku. Skończyło się na obrażonej Pani doktor i skonsternowanych salowych. Nie wykluczam, że to właśnie z powodu mojej niesubordynacji nadal nie wiem co mi się stało. Wiedziałem jednak co ta cała sytuacja z chorobą i szpitalem oznacza w szerszej perspektywie…

Żółta kartka.

Mój organizm stanowczo pokazał mi żółtą kartę. I odmówił współpracy.
Zarówno sportowi amatorzy jak i profesjonalni sportowcy potrafią się zatracić w dążeniu do stawania się lepszym. Racjonalnie wszyscy wiedzą, że odpoczynek i równowaga jest niezbędna, tak samo jak mądry trening. Ale wiedza nie znajduje często odzwierciedlenia w praktyce. Nie jest łatwo znaleźć równowagę. Wiele osób z rozpędu dodałaby „w tych czasach”. Nie uważam, żeby poszukiwanie równowagi było trudniejsze dzisiaj niż było wczoraj. Uważam jednak, że jest tak samo ważne dziś, jak było wczoraj i będzie jutro.
Równowaga. Kiedy dzielę się wskazówkami dotyczącymi pływania powtarzam, że w pływaniu, tak jak w życiu, najważniejsza jest równowaga. Mówiłem tak, nie do końca rozumiejąc czym jest ta równowaga w życiu.
Teraz wiedziałem natomiast, że ją zakłóciłem. Wiedziałem również, że muszę wyciągnąć wnioski.
Wyciągnąć wnioski i znaleźć równowagę.
To najpierw. A potem?
Się okaże…

#podprad

Za każdym razem kiedy w moim kierunku ktoś serwuje zdanie zaczynające się od “MUSISZ” z prędkością i precyzją godną Ma Longa, odbijam piłeczkę mówiąc “Nic nie muszę, wszystko mogę”.

Zgoda, obiektywnie rzecz biorąc to nieprawda. Są rzeczy, które muszę robić jeżeli chcę żyć i cała masa rzeczy, których nigdy – niezależnie od ilości pracy – nie będę w stanie zrobić. To jest jednak moja prawda. Prawda subiektywna. Wolę wierzyć w to, że wszystko mogę, niż w to, że coś muszę. To kompletnie zmienia perspektywę, czyli klucz do odczuwania szczęścia.

Nie muszę pływać.
Tym bardziej pływać ekstremalnych dystansów w otwartych wodach.
Nie muszę, ale wiem że mogę. Wiem, że jestem w stanie przepłynąć dystans, którego inni nie byliby w stanie przejść za jednym podejściem. 37 kilometrów wpław? Siur. Do zrobienia.

Nie tam należy jednak szukać przyczyn dla których to robię.

Od dziecka było dla mnie jasne, że prawdziwe skarby schowane są tam gdzie nikt nie szuka. W miejscach do których nie wiedzie żadna udeptana ścieżka i nie kieruje żadna mapa. Idąc z tłumem jedyne co napotkamy to kolejki, ścisk i kieszonkowców. Potknięcie grozi zadeptaniem a gwałtowny skok do przodu jest niemożliwy.
Tłum złożony z tysiąca ludzi nie ma tysiąca umysłów. Ma tylko jeden, umysł tłumu, który ponad wszystko ceni jednolitość.

Czytałem gdzieś-kiedyś, że człowiek wykorzystuje kilka procent możliwości swojego umysłu. W tłumie, procenty zamieniają się
w promile. Brzmi niegroźnie, a w piątkowy wieczór może nawet obiecująco… Niemniej jednak, to bardzo niebezpieczna tendencja.

To teraz krótki ale bardzo istotny fragment tego co powiedziałem
na ostatniej konferencji prasowej:

“(…) Cały ten proces, ta droga która mnie tutaj dzisiaj doprowadziła daje poczucie dumy i satysfakcji.

Nie jest to jednak łatwa droga. Żeby się na niej znaleźć musiałem porzucić nieźle zapowiadającą się karierę w renomowanej korporacji. Na pewnym etapie musiałem się zmierzyć z brakiem zrozumienia
ze strony najbliższych, którzy nie widzieli wtedy tego co widzą dziś. Musiałem się pogodzić z tym, że drogi z częścią bliskich znajomymi się rozejdą z powodu braku czasu i zmiany stylu życia. Mimo trzech poważnych operacji kolana i dramatycznego stanu zdrowia musiałem uwierzyć, że jestem w stanie wykonać tytaniczną pracę, która mnie tutaj doprowadzi. Ponad trzy tysiące przepłyniętych kilometrów, niezliczona ilość godzin. Ból, zniechęcenie, skrajne wycieńczenie organizmu, które w ostatnim czasie poskutkowało sześciodniowym pobytem w szpitalu. W skrócie, musiałem iść #podprad by być tu gdzie jestem teraz.”

A Ciebie, do miejsca w którym jesteś teraz, zaciągnął nurt czy doprowadziła siła charakteru?

#podprad

1 2 3